DSC0203817 sierpnia był dla mnie dniem wyjątkowym: miał odbyć się bieg, w którym chciałem się sprawdzić odkąd tylko o nim usłyszałem. Bieg Katorżnika w podlublinieckim Kokotku.

Jest to wymagający kondycji i sprawności fizycznej bieg terenowy. W tym roku odbyła się dziewiąta edycja imprezy. Zawody zorganizowano z rozmachem: z uwagi na zainteresowanie rozegrano trzy starty mężczyzn, jeden dla kobiet, bieg drużynowy, i „ucieczkę zakładników” (o której Rafał napisał w zeszłym roku) a także krótsze i łatwiejsze biegi dla vip-ów z dziennikarzami, dzieci i seniorów.

Żeby zapisać się na imprezę cieszącą się taką popularnością, musiałem w styczniu zrezygnować z dnia zajęć na uczelni. By zwiększyć szanse na dostanie się, przezornie zapisałem się na godz. 14. I istotnie, chwilę po mojej rejestracji, okazało się, że na wcześniejszą godzinę skończyły się miejsca. Jak twierdzą organizatorzy, miejsca na wszystkie biegi mężczyzn rozeszły się w pięć godzin od rozpoczęcia zapisów.

Nadszedł ten dzień, pogoda od rana dopisuje. Parkingi znajdowały się zaraz przy drodze prowadzącej z Tarnowskich Gór do Lublińca. Do tego celu zaadaptowano boisko i jakieś łąki. Poza samochodami stały tam namioty biegaczy, którzy poprzedniego dnia rywalizowali o tytuł mistrza polski w biegu tyłem.

W biurze zawodów odebrałem pakiet startowy: worek na buty sygnowany logiem Reeboka z przypiętym numerem startowym z jednorazowym chipem (te, które po biegu trzeba oddać, a mocuje się je do sznurówek raczej by się nie sprawdziły). A w worku: ulotki promujące inne biegi, izotonik, „zadrapana” koszulka okolicznościowa, tradycyjna na tej imprezie, talon na grochówkę oraz dwie gigantyczne krówki – „Krówkę komandosa”, której papierek przypomina kamuflaż stosowany przez polskie jednostki specjalne i „Byka katorżnika”, nawiązującego do zeszłorocznej przygody „skazańców”. Do tego jogurt pitny.

Na plaży, z której się startowało można było obejrzeć quada firmy Polaris i samochody terenowe używane w Wojsku Polskim: hummera i Skorpiona-3, czyli honkera. Były też rozstawione pawilony Nadleśnictwa Lubliniec i JWK zapraszającej do wstąpienia w swoje szeregi, jak i do wojska w ogóle. Nieco dalej był punkt gastronomiczny z bezpłatną kawą i stoisko z militariami. Ciekawostką na tamtym stoisku były brytyjskie koszulki z coolmaxem w b.dobrym stanie za 10 zł.

C_DSC07075[1]Przed startem łyknąłem magnez i zagryzłem bananami. Zgodnie z katorżniczą modą, buty przymocowałem do stóp srebrną taśmą. Daje to +2 do lansu i zmniejsza szanse na zgubienie buta w błocie. Gdy jednak chciałem w jednym bucie poprawić mocowanie, okazało się, że moja rolka się skończyła. Jednak dzięki uprzejmości innych biegaczy, udało mi się ponownie okleić but.

Odliczanie przeprowadził wojskowy kapelan. Wyścig rozpoczął się skokiem do wody i przedostaniem się pod kładką pełną kibiców i fotografów. Po kilkudziesięciu metrach wyprzedził mnie kolega-mors Jacek. Zawodnicy praktycznie od razu rozbili się na dwie grupy. Ja wraz z paroma innymi biegaczami wylądowałem pomiędzy grupami. Prąd ciągnący od trzcin spychał na głębiny stawu Posmyk.

Po paru przewężeniach, zeskokach do wody i brnięciu kanałem ze (stosunkowo) czystą wodą, trzeba przejść na czworaka przez pierwszą rurę. Dobroczyńcy z domków letniskowych przyszli poczęstować wodą. W końcu dogoniłem część ludzi, którzy oddalili się na początku. Brnięcie w wodzie z większą grupką pomaga – prąd ciągnie za nimi, dzięki czemu łatwiej się idzie.

Brodzenie w wodzie, wyciąganie się na brzeg i bieg, by za moment znów wskoczyć w toń. I tak w koło. Woda czasem cieplejsza, a czasem jej temperatura mogła być porównywana z tą w Śmieszku zimą. Na pewno nie była taka zimna, ale różnica temperatur powietrza i wody robi swoje.

W międzyczasie zaczęło się przeprawianie pośród trzcin. Szacunek należy się organizatorom, którzy musieli zdrowo się namachać maczetami, czy sierpami, by poprowadzić trasę. Podwodne kłącza i korzenie drapią jednak nogi. Teraz już wiem dlaczego pamiątkowe koszulki wyglądają tak, nie inaczej, a niektórzy wystartowali w legginsach. Każdy biegacz uprzedza następnego o co boleśniejszych przeszkodach na trasie.

c_359[1]Po wydostaniu się ze stawu, przyszła kolej na pokonywanie szybkich odcinków prowadzących przez las, gdzie miejscami trzeba było się przeciskać między konarami drzew, przemiennie ze skakaniem do rowów melioracyjnych pełnych gęstego błota. Trasa prowadziła wężykiem: z błota do lasu i z powrotem kilkanaście/-dziesiąt metrów rowem.

Trzeba było przeczołgać się przez kolejny przepust wodny. Za nim po kilkudziesięciu metrach rozdawano wodę w półlitrowych butelkach. Odkręconych, by wypić na miejscu i nie śmiecić na trasie. I z powrotem powtórka z rozrywki: rura, las i gęste błoto i do jeziora. Pierwsza na trasie drabina linowa prowadziła na molo, z którego trzeba było zeskoczyć do wody. Oczekując kulturalnie, aż zawodnik pode mną odsunie się, bym nie spadł na niego, skoczyłem na klasyczną „bombę”. W oddali słychać było odgłosy z plaży, z której startowaliśmy, czyli już niedaleko!

Trasa dalej biegła przez najgęstsze błoto w okolicy. Na szczęście można było wspomóc się linami rozciągniętymi od drzewa do drzewa. Napotkani po drodze kibice poinformowali mnie, że do mety już blisko, dzięki czemu zyskałem jeszcze trochę sił. Bieg jednak nie wychodził mi za dobrze z racji butów, do których i tak dostały się piach i błoto przez dziury. Nie tylko gniotły, co jeszcze ważyły wiele więcej, niż zazwyczaj.

Po przebiegnięciu przez kotłownię i opuszczony dom wypoczynkowy, do pokonania został jeszcze tylko tor przeszkód: bieg po leżących oponach, kratownicy do ćwiczenia skippingu, pokonanie podwieszonej „huśtawki” z dwóch związanych belek – o której wszyscy wołali, bym przeszedł bokiem, przeczołganie się pod zasiekami też sprawnie i bezproblemowo. Jeszcze tylko przecisnąć się przez ostatnie rury, rundka wokół basenu i meta!

DSC0203296 miejsce, z czasem 02:55:57, z którego jestem bardzo zadowolony. Po przekroczeniu mety, w rękę wsadzono mi oranżadę, a na szyi zawieszono ważącą ok. 2-3 kg. żeliwną podkowę. Opłukałem się z błota w basenie i poszedłem pod polowy prysznic. Okazało się jednak, że bez gąbki, której nie spakowałem, za wiele nie zdziałam.

Po przekroczeniu mety byłem zmęczony i było mi chłodno. Poza tym czułem się bardzo dobrze. Nie każdy miał tyle szczęścia. Niektórzy po dotarciu do mety nie mieli sił zdjąć butów. Inni nie mogli tego zrobić, bo tak się trzęśli. Pwołując się na informacje znalezione w internecie, biegu nie ukończyło ok. 300 osób.

W całej trasie najgorsze było moim zdaniem wskakiwanie do wody i błota. Nie wiedziało się, jak jest głęboko, ani na czym się wyląduje. Jeden z zawodników biegnących bezpośrednio przede mną, miał nieprzyjemność wylądowania okrakiem na wystającym korzeniu.

 


Jakub Pawliszyn

2 Comments

  1. Podwójne gratulacje Kuba… za ukończony bieg i za relacje.

    No ale co do relacji to nie dziwi bo czuć w tym pasję z jaką oddałeś się temu biegowi 🙂

    Życzę wielu takich biegów.

Leave a Reply

Close