Dziś przedstawiamy dość obszerną relację Jacka Kałuska, który wraz z Agnieszką Karlik i Marcinem Menżyk brali udział w  Tropicielu – rajdzie na orientację na 60km w Miasteczku Śląskim. Zapraszamy do przedczytania:

agatropiciel
Agnieszka i Marcin

        „No i nadszedł ten dzień, kiedy trójka reprezentantów Luxtorpedy miała zmierzyć się z 60 kilometrową trasą 13 edycji Tropiciela, rozgrywanej w okolicach Miasteczka Śląskiego. Sprawnie udało nam się zebrać w komplecie i dotrzeć bez problemów na miejsce startu (pomagała nam w tym nawigacja lecz niestety, na trasie rajdu musieliśmy się już obejść bez niej a pewnie parę razy by się przydała). Humory o dziwo dopisywały, pomimo perspektywy nieprzespanej nocy i minimum 60 km na nogach.
W biurze zawodów sprawnie załatwiliśmy formalności, skompletowaliśmy sprzęt, zapakowaliśmy plecaki i o godzinie 18:50 stawiliśmy się na starcie oczekując na rozdanie map. W końcu nastąpił ten moment – oczywiście, jak zwykle, wpatrywałem się w mapę nie mogąc z niej kompletnie nic wyczytać (dzięki napisom wiedziałem przynajmniej, że nie trzymam jej do góry nogami ;)). Udało się w końcu jakoś zlokalizować gdzie się znajdujemy i wybraliśmy opcję w jakiej będziemy zaliczać kolejne punkty kontrolne (PK), których na naszej trasie było 11 (o dwa więcej niż na trasie 40-to kilometrowej). Jak się okazało nasz wariant (najpierw z zachodu na wschód) wybrało mniej drużyn, co mnie nie dziwi (zawsze podświadomie wybieram trudniejsze warianty, a co!). Punkt 19:00 ruszamy! O tej godzinie startuje też druga ekipa na trasie 60 km – tylko dwie, najtwardsze ekipy zdecydowały się na ten zabójczy dystans. Rywale wybrali oczywiście inny, łatwiejszy wariant trasy, co rzecz jasna miało wpływ na końcowy rezultat, ale o tym później.

Ekipa przed startem
Ekipa przed startem

     Część trasy do pierwszego PK pokonujemy dziarsko maszerując wzdłuż starej, nieużywanej linii kolejowej – zaczynam już mieć dość, pocę się. Opis punktu na karcie „Moczydła – Ambona” jest adekwatny do tego co na nim zastaliśmy. W trakcie przedzierania się przez las i moczydło-mokradła, Marcin wpada w owo bagniste moczydło zostawiając w nim but, którego jednak udaje się uratować. Po tym wejście na ambonę po wafelka wydaje się już dziecinnie proste. Ok, pierwsze koty za płoty, myślę sobie, pierwszy punkt odnaleziony, sklasyfikowani będziemy więc od biedy można wracać. Jednak patrzę na Agnieszkę i Marcina, i widzę, że oni mają chyba inne zamiary jednak…. Co robić – zmierzamy więc do PK H – „przy leśnej ścieżce”. Dla mnie tempo coś za szybkie ale nie mam zamiaru robić za hamulcowego, co to to nie!!
W końcu odnajdujemy punkt a na nim czeka nas zadanie – strzelanie z łuku – za celne strzały można dostać bonus w postaci odjętych minut z czasu na mecie. Nie wiem konkretnie ile, bo jakoś pokrętnie nam to tłumaczyli, zresztą nie ma to znaczenia, bo tak Marcin jak i ja pokazujemy, że obce są nam geny Robin Hooda – pudłujemy wszystkie strzały (tzn. raz trafiłem w bok tarczy ale to podobno się nie liczy). Ludzie na PK chyba z litości dają nam szansę – trzeba opowiedzieć kawał i jak ich rozbawi to dostaniemy bonusowe minuty. Kawał opowiedziany przez Marcina spełnił swoją rolę, a dodatkowo zaprocentowała moja koszulka z Silesia Marathon i jakiś tam bonus dostaliśmy. Tutaj dowiadujemy się też, że Polska odniosła wiekopomne zwycięstwo nad Litwą w piłkę nożną. Czule się żegnamy i ruszamy ku kolejnemu punktowi – jednemu z dwóch wyznaczonych tylko dla trasy 60 km. 

   włóczka Teraz już powoli zaczyna się ściemniać, miałem nadzieję, że zdążymy odnaleźć ten punkt przed zachodem słońca, jednak to się nie udaje. Co gorsza – zgodnie z mapą jesteśmy w miejscu gdzie punkt powinien być, jednak nie możemy go zlokalizować. Błądzimy po lesie chyba z pół godziny, przeczesujemy światłem czołówek metr po metrze i nic. Zrezygnowani postanawiamy dzwonić do bazy i poinformować, że chyba ktoś ukradł ten punkt, bo jesteśmy pewni co do tego, że miejsce w którym jesteśmy jest prawidłowe. Dowiadujemy się jednak, że punkt umiejscowiony jest w środku znajdującej się na drzewie konstrukcji z czerwonej włóczki. No nic… szukamy dalej. Mija jakieś kolejne pół godziny i w końcu Agnieszka z Marcinem odnajdują PK. Cóż, konstrukcji faktycznie trudno nie zauważyć ale w dzień, w nocy trochę to trudniejsze. Okazuje się, że cały czas kręciliśmy się w pobliżu tejże dziwnej konstrukcji. Robimy pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej.

     W ciągu kolejnych godzin odnajdujemy, łatwiej czy trudniej, kolejne punkty i zaliczamy następne zadania specjalne. Organizm odczuwa już zmęczenie, buty mam kompletnie przemoczone od chodzenia w wysokiej, mokrej trawie, kałużach i mokradłach. Do tego w nocy temperatura dość mocno spada i robi się zimno i mało przyjemnie. Na szczęście pokonujemy teraz część trasy wspólną dla wszystkich uczestników, tak więc co chwilę widzimy świecące gdzieś w lesie czołówki i mijamy się z innymi piechurami albo rowerzystami, wymieniając się krótkim „cześć”, a czasem i informacjami dotyczącymi lokalizacji PK.

Po jednym z zadań specjalnych
Po jednym z zadań specjalnych

Zaczyna świtać, a my powoli brniemy do ósmego PK – tunel pod nasypem kolejowym. Mam zamiar tutaj zmienić sobie w końcu skarpetki na suche. Jak na ironię czeka tu na nas kolejne zadanie specjalne – pod nasypem kolejowym przebiega tunel którym płynie jakiś zaszlamiony kanał. Zadanie polega na tym, że dwóch członków drużyny musi zdjąć buty i najpierw jeden na bosaka zanosi do połowy tunelu dwa duże zbiorniki z wodą a następnie druga osoba je przynosi. Tak więc plany zmiany skarpetek na czyste i suche muszę odłożyć. Wejście do lodowatej wody nie przychodzi łatwo, ale dajemy radę. 

     Chwila odpoczynku przy ognisku i dalej do kolejnego PK – tym razem to drugi z punktów tylko dla trasy 60 kilometrowej. Zmęczenie już coraz większe ale mimo to maszerujemy dość szybko i cały czas wyprzedzamy zespoły z trasy 40 km. Udaje się go odnaleźć, do końca pozostały dwa punkty. Nawigacja w ciągu dnia nie sprawia nam już żadnych problemów. W końcu docieramy do jeziorka na środku którego widzimy już z daleka wyspę a na niej PK. Nie powinno więc już być trudno do niego dotrzeć. Cóż jednak, jak się okazuje nic bardziej mylnego! Wyspa otoczona jest bagnem. W paru miejscach poprzerzucane są przez nie drewniane kłody, więc próbujemy przez nie przejść.

Przeprawa przez bagno
Przeprawa przez bagno

Nie kończy się to najlepiej – Marcin nie utrzymuje równowagi i wpada praktycznie po pas w bagno, próbuje się wydostać na brzeg, a nas, choć to niezbyt grzeczne, ogarnia śmiech. Jednak, jak się za chwilę okazuje, los odpłaca mi tym samym – przy próbie sforsowania bagna sam w nim ląduję. Potem jeszcze przeprawia się Agnieszka (na szczęście przeszła bez szwanku i nie pobrudziła moich białych skarpet kompresyjnych, które miała założone). Na PK czeka nas zadanie – rozpoznawanie tropów zwierząt – zaliczamy je prawie w 100 %. W sumie to ten punkt jest bardzo rozrywkowy – podczas naszego na nim pobytu w bagnie lądują kolejni uczestnicy, m.in. chłopak w długich, białych spodniach. Powrót przez bagno wypadł już znacznie lepiej – nauczeni doświadczeniem posługujemy się teraz drągiem, którym opieramy się o podłoże – tym razem żadnych strat nie ma.

     Pozostał ostatni PK i powrót do bazy. Punkt odnajdujemy, budzimy śpiącą już chyba z nudów na nim obsługę i rozpoczynamy ostatni, 2-3 kilometrowy etap powrotu do bazy. Oj, ciągnie się to niemiłosiernie, a my brudni od szlamu i zmęczeni coraz bardziej. Ostatecznie docieramy na miejsce pokonując 67 km w czasie 14:35 (po bonusie czasowym na zadania specjalne 14:11), tak więc spokojnie zmieściliśmy się w wyznaczonym 16-godzinnym limicie czasu. Nasi rywale na tej trasie byli od nas szybsi o 25 minut…. Cóż, szkoda. Teraz czeka nas jednak najprzyjemniejsze – prysznic!! Stoję pod ciepłą wodą chyba z 15 minut delektując się tą chwilą, potem przez podobny czas staram się zmyć szlam i błoto z nóg i doprowadzić buty do w miarę przyzwoitego stanu. Potem grochówka i rozkoszne leżenie na trawie w oczekiwaniu na zakończenie imprezy. 

    Jak podano w komunikacie końcowym z 229 osób, które wystartowały zawody ukończyło jedynie 99, więc nie jest źle. Mały niedosyt jednak pozostaje, bo w paru miejscach można było zaoszczędzić trochę czasu lepiej i dokładniej nawigując, tym samym pierwsze miejsce na najdłuższej trasie było spokojnie w zasięgu.

Na koniec losowanie nagród – tradycyjnie bezowocne. 🙂
Zbieramy się więc powoli w powrotną drogę, po tylu godzinach na nogach organizm domaga się już odpoczynku i chociaż odrobiny snu. Nawet my, Tropiciele, jesteśmy zmęczeni. 🙂 „

 

Dziękujemy Jackowi za relację, gratulacje dla całej ekipy i powodzenia w kolejnych tego typu biegach!

3 Comments

  1. Gratuluję całej ekipie naszych luxtorpedowych Tropicieli za wytrwałość i świetny występ!
    Osobno zaś podziękowania dla Jacka, że znalazł czas na napisanie relacji bo ta jest dowcipna i wciągająca 🙂 Pisz częściej 🙂

  2. Pięknie GRATULUJĘ znowu wyczyn ponad miarę moich możliwości

  3. Gratulacje nasi TROPICIELE, dodam że Marcin spał chyba 18 godzin aż się zmartwiłam czy nie zesłabł na amen 🙂

Leave a Reply

Close