Wśród biegaczy Luxtorpedy startujących w Szczawnicy był też Krzysztof Głombik, dzięki któremu możemy przeczytać relację z trasy biegu półmaratońskiego. Dzięki czasowi 2:47:47 Krzysztof zajął 14 miejsce w kategorii M-50.

W ostatnią niedzielę odbyła odbyły się kolejne  biegi w ramach cyklu „Pereł Małopolski”. Wyjazd szczególny, bo w Szczawnicy pojawiła się liczna ekipa Luxtorpedy.

Obecność tak silnej grupy zadziałała mobilizująco! Po zaparkowaniu auta wycieczka piesza prawie 2 km do biura zawodów. Tam  odbiór pakietu startowego  na warunkach  Vipowskich – odrębne stanowisko dla grup biegowych! Miła niespodzianka.  Następnie powrót w rejon startu – znów 2 km. Podobno taki urok imprezy w tym miejscu… Do startu sporo czasu, więc  podejmuje próbę zaśnięcia w samochodzie choćby na pół godziny. Niestety, nieudaną. Tak więc rozmyślania o trasie i gaszenie obaw, że  może powinienem jeszcze pauzować z tak trudnym biegiem, bo od przebiegniętego maratonu upłynęły zaledwie dwa tygodnie i nie chciałbym tak pięknie rozpoczętej równe  14 m-cy temu „kariery biegowej” zakończyć  poważną kontuzją.

Start zbliżał się nieuchronnie, więc szybka zmiana stroju. Opaski elastyczne na kolana tak na wszelki wypadek, rozgrzewka, parę słów z Andrzejem i Marcinem (w trójkę reprezentowaliśmy Luxtorpedę na dystansie 21 km)  przed startem i ruszamy. Początek trasy  asfaltem po Szczawnicy i między innymi pięknym Parku Zdrojowym. Biegniemy razem do momentu, kiedy trasa powoli zaczyna się piąć w górę. Ja zwalniam i pozostaje przy swoim tempie.  Andrzej, który ma porachunki z tą trasą z zeszłego roku rusza ostro do przodu z Marcinem. Trasa po jakimś czasie robi się bardzo wąska i wszyscy zwalniamy. Jest tak wąsko, że ani z prawej, ani z lewej ni jak przeć do przodu. W sumie na dość stromym podbiegu/podejściu tempo i wysiłek spacerowy. Niektórzy biegacze robią się nerwowi i próbują na siłę przebijać się do przodu, co przynosi mizerne efekty, a tylko wprowadza nerwową atmosferę.  Po jakimś  czasie   ścieżka robi się szersza i od tego momentu już do końca biegu bez tłoku. Złapanie oddechu i… w dół. Krótki odcinek leśną ścieżką, a potem pracowite udeptywanie betonowych płyt i asfaltu.  Z powrotem wracamy do Szczawnicy. Na 8. km uczestnicy biegu na 10 km biegną prosto wzdłuż Potoku Grajcarek do mety, my zaś ostry skręt i lewo i w górę. Dopiero teraz zaczyna się górskie bieganie !

Trasa prowadzi ostro pod górę, moje tempo spada okrutnie, to najtrudniejsze dla mnie dwa kilometry. Nie ma mowy o biegu, tylko mocny marsz pod górę – w końcówce trzeba sobie pomagać rękami. Uff!  Wreszcie trasa robi się płaska i można biec. Od tego momentu fantastyczne widoki, niestety specjalnie niedocenione, bo trasa kamienista, momentami bardzo śliska z dużą ilością błota. To w górę, to w dół. Nagle w okolicach 14. km na stromym zbiegu z za zakrętu w poprzek trasy wyłania się zwalone drzewo. Z  pnia wystają kilkucentymetrowe końcówki po obciętych gałęziach. Robię unik i biegnę  dalej, tak sobie myśląc, że można było sobie głowę rozwalić.  Nie czekałem długo. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi kilku biegaczy, którzy i próbują pomóc zawodnikowi z paskudnie rozciętą skórą na głowie. Zatrzymuję się, wygrzebuję z plecaka bandaż, przekazuję  ekipie. Upewniam, się  jeszcze, czy mogę w czymś pomóc i ruszam dalej. Jak się okazało, po zabandażowaniu głowy pechowiec  pobiegł dalej i ukończył bieg. Podobno w szpitalu w Nowym Targu tego dnia  szyto głowy przynajmniej trzech biegaczy. Zbiegów coraz więcej, więc przyspieszam i ku mojemu zaskoczeniu, zaczynam wyprzedzać pojedyncze osoby. Buty Salomona okazały się strzałem w dziesiątkę na takie warunki. Choć miejscami błotnisto,  kamienie mokre a ścieżka momentami  mocno rozmyta po ostatnich opadach, nie traciłem szybkości. Gdzieś na 4  km przed metą zauważam charakterystyczna koszulkę. Okazuje się, że to Marcin. Musiał zwolnić  przy zbieganiu, bo pojawiło się ryzyko kontuzji, Zamieniliśmy parę zdań. Do płaskiego odcinka trasy pozostało już niewiele, więc ruszam  dalej. Ciągle w dół, więc próbuję biec najszybciej jak się  da, bo wiem z doświadczenia, że na płaskim odcinku niewiele już zdziałam. Ostatnie dwa kilometry trasy to wyłożona kostką brukową ścieżka wzdłuż potoku. Pracowicie przebieram nogami, ktoś mnie wyprzedza, ostatni kilometr ciągnie się niemiłosiernie.Nagle kilkaset metrów  przed metą zauważam dużą grupę Luxtorpedowiczów. Skandują głośno „Krzysiek, Krzysiek!!!”. Oj dzięki wam za te słowa. W grupie siła! Wykrzesałem jeszcze trochę energii „sprintem” do mety. Z wrażenia zapomniałem  o medalu, dopiero ktoś z ekipy je wręczającej pobiegł za mną. Z ulgą zdejmuję opaski z kolan – trochę za mocno je ściągnąłem. Cztery kubki wody do rąk, bo pić się chciało okrutnie. I po wszystkim, dwa biegi z cyklu za mną! Za cztery tygodnie 21 km w Rabce Zdroju. Na starcie staniemy razem z Andrzejem.

– jj

4 Comments

  1. No GRATULACJE jeszcze raz,teraz Rabka to będę trzymała kciuki.

  2. Najtrudniejsze za tobą. Rabka to będzie pikuś. A co do powalonego drzewa – szkoda, że nie byłeś na Kieracie. Tam ich dopiero było.

  3. Gratulacje !!! Szkoda, że nie mogłeś jechać z nami byłaby okazja się poznać, a buty potwierdzam, że się sprawdzają w takich warunkach też mam Salamony 🙂

Leave a Reply

Close