Zapraszamy do zapoznania się z relacją Krzysztofa Głombika z pierwszego w tym roku biegu cyklu Pereł Małopolski, w którym zajął 284. miejsce z czasem 2:07:21.  Krzysztof ma szanse niedługo zostać pełnoprawnym członkiem Luxtorpedy.

W ostatnią niedzielę odbyła się pierwsza impreza z cyklu „Pereł Małopolski” w Ojcowskim Parku Narodowym. Tak sobie na ten rok założyłem, że postaram się  ukończyć  wszystkie pięć biegów na dystansie półmaratonu zaplanowanych w tym cyklu.

Trasa biegu z opublikowanego profilu dość  łatwa, niewielkie przewyższenia, spore odcinki poprowadzone asfaltową droga wijąca się w Dolinie Prądnika. Pogoda doskonała na taką imprezę: pogodnie, lekki chłodny wietrzyk. Samopoczucie dobre, bo znam prawie każdy kawałek trasy z rowerowych eskapad.

Start z terenu szkoły w Skale. Dość tłoczno, bo jednocześnie startujemy na dystansie 10 i 21 km. Pierwsze  kilometry bardzo szybkie, to prawie 6 kilometrów zbiegania asfaltową drogą. Po drodze fantastyczne widoki na najważniejsze atrakcje: Zamek na Pieskowej Skale, Maczugę Herkulesa, Ruiny Zamku w Ojcowie, wiele  malowniczych ścianek skalnych, szum wody w Prądniku. Biegowa sielanka! Po dobiegnięciu w okolice Bramy Krakowskiej skończyła się  piknikowa atmosfera. Trasa biegu zaczęła się wspinać w górę. Dopiero teraz można było poczuć specyfikę  górskiego biegania.  Do pokonania ok. 4 km malowniczymi serpentynami, konsekwentnie coraz wyżej. Szybki nawrót na wysokości drogi Kraków-Olkusz  i łagodne zbieganie do Doliny Prądnika. Trochę  asfaltem, większość  śródpolnymi ścieżkami. Na samym końcu tego odcinka niezbyt długi stromy zbieg. Uff! Nareszcie  trochę prostej na złapanie równego rytmu i oddechu.

Po niecałych 2 km ostry skręt, kończy się asfalt  i mocny podbieg; im dalej tym bardziej pod górę. Na parę minut odpuszczam, jak  wszyscy w zasięgu wzroku, przechodzę do marszu. Przy okazji odkrywam, że  osiemnasty kilometr (według mego przekonania) okazuje się dopiero szesnastym   Tak się jakoś w głowie i międzyczasach mierzonych na mym zegarku co 2 km ułożyło…  Cóż, nie ma wyjścia, podejście łagodniej i ruszam do biegu z poczuciem, że  już tak łatwo nie odrobię  tego spaceru.

Ostatnie kilometry to seria podbiegów na niewielkie wzniesienia, krótki zbieg i pod górę, tyle, że za każdym razem nieco wyżej. Wokół wiosenne widoki, świeża zieleń na polach i mnóstwo dopingujących do biegu… skowronków. Dopiero ostatnie kilkaset metrów to łagodny zbieg do mety. Medal na szyję, butelka wody do  ręki… i po wszystkim! Czekam już teraz na bieganie w Szczawnicy.  Oj, będzie się działo!


Jakub Pawliszyn

2 Comments

  1. Również Gratuluję bo widzę ten wysiłek w domu po gorskich wyczynach Andrzeja.

  2. Gratulacje! Na tym pod podbiegu naprawdę niewielu biegło, także w zeszłym roku. A co do Szczawnicy. Skała w porównaniu do niej to pikuś. Pan Pikuś! 🙂

Leave a Reply

Close