Poniżej przedstawiamy relację Tomasza Typka, który pomimo problemów na trasie dopiął swego i pokazał, co znaczy walczć do końca.

P1100204[1]3 listopada zapisał się w mojej pamięci jako dzień wyjątkowy z radosnymi akcentami, jednakże było to jedno z bardziej bolesnych doznań w moim 21-letnim życiu.

 Ale zacznijmy od początku…

Aby całość nabrała kształtu cofnijmy się do II Nocnego Biegu Ulicznego w Czerwionce z września br. Owego dnia zaczęły się moje problemy z kolanem, które znalazły oddźwięk na „połówce” w Krostoszowicach.

Od czerwieńskiego biegu zaliczyłem tylko 3 udane treningi, reszta kończyła się po maksymalnie 3km z bólem stawu kolanowego, co musiało wpłynąć w mniejszym lub większym stopniu na to, co stało się feralnego dnia.

 Dzień rozstrzygnięć – 3.11.2013r.

Dzień zapowiadał się znakomicie. Obudziłem się w dobrym nastroju i pewien byłem w 100%, że dzień będzie udany. Przygotowany do drogi udałem się pod blok Kuby, skąd razem z nim i Rafałem wyruszyliśmy do Krotoszowic, gdzie miał się odbyć Półmaraton „BASZTA” i przy jego okazji ostatnie zawody z cyklu DPŚ – dosyć nerwowe, ponieważ zawodnicy z HR MAX Żory „deptali nam po piętach”. W tej sytuacji każdy przebiegnięty kilometr miał ogromne znaczenie w punktacji ogólnej.

P1100173[1]Gdy dotarliśmy na miejsce, to od razu udaliśmy się do biura zawodów by odebrać numery startowe, chipy itp., a następnie udaliśmy się na parking gdzie oczekiwaliśmy reszty klubowiczów. Jak się okazało, stawiliśmy się w licznej grupie. Dowiedziałem się wtedy, że bieg odbędzie się w lesie, a że w lesie biega mi się niezbyt komfortowo, zaczęły się obawy: „Czy dam radę”? „Czy kolano wytrzyma”? Mimo tych wątpliwości, pewny siebie i z pozytywnym nastawieniem udałem się na linię startu.

Po chwili nastąpiło odliczanie- 10,9,8… START. Zacząłem w miarę spokojnie, ostrożnie pokonując pierwszy podbieg, na drugim też było całkiem nieźle i nic nie wskazywało na to, że coś może pójść nie tak jak powinno. Po kilometrze, może półtora coś strzeliło mi w kolanie i grymas bólu pojawił się na mojej twarzy. Przystanąłem i czekałem, aż przejdzie- nic z tego. Bolało tak mocno, że ledwie mogłem iść. O biegu nie mogło być mowy. Co rusz mijali mnie luxtorpedowicze i inni biegacze dopingując mnie, współczując i dodając otuchy. Po chwili znalazłem się na końcu stawki. Wtedy myślałem, że mój bieg się zakończył, ewentualnie, że ukończę jedno kółko i zejdę z trasy.

Nagle pojawiła się Pani Hania z którą przemaszerowałem prawie do końca pętli. Całą drogę rozmawialiśmy. Pogawędka ta podbudowała mnie dosyć mocno i wtedy postanowiłem, że pokonam cały dystans.

Cała trasa była trudna technicznie (dużo podbiegów, zbiegów, śliski nierówny teren), a przy mojej kontuzji była niemałym wyzwaniem, jednak motywacja była ogromna; mimo bólu brnąłem dalej przed siebie. Kolejne kilometry przebiegały w tym samym oklepanym rytmie – spacerek, a gdy tylko ból kolana ustawał, truchtałem kilkaset metrów. I tak w kółko. Były też oczywiście momenty zwątpienia. W chwilach krytycznych myślałem o tych którzy przy mnie byli mentalnie. To oni dodawali mi sił. Poza tym jestem upartym człowiekiem i wychodzę z założenia, że jedynym godnym mnie przeciwnikiem jestem ja sam, a jeśli przegram sam ze sobą to nie zasługuję na miano człowieka. Brnąłem dalej, ponieważ chciałbym nim jeszcze jakiś czas pozostać we własnych oczach.

P1100197[1]Najgorsza była ostatnia pętla. Prawie wszyscy już skończyli, ludzie zabezpieczający trasę gdzieś się potracili i w pewnych momentach nie wiedziałem gdzie biec. Raz nawet zabłądziłem, lecz po chwili wróciłem na trasę i kontynuowałem swój bieg i wewnętrzną walkę z samym sobą. Mniej więcej 3km od mety ból kolana się tak nasilił, ze kilkadziesiąt metrów pokonałem skacząc na jednej nodze. Na domiar złego rozpadało się na dobre, co nie było korzystne w leśnych warunkach. Zrobiło się strasznie ślisko, o czym przekonałem się na przedostatnim podbiegu. Gdyby nie drzewo rosnące za mną to na kontuzji kolana tego dnia by się nie zakończyło (swoją drogą, piękna topola im tam wyrosła). Ostatni podbieg pokonałem wolnym marszem, ogólne zmęczenie dawało coraz bardziej o sobie znać. Ostatni zbieg przetruchtałem, mimo że ból był nie do zniesienia. Później już kilkaset metrów spokojnego marszobiegu i meta.

Mimo grymasu bólu na twarzy byłem szczęśliwy, że bieg został zakończony. Zmęczony ale zadowolony doszedłem do reszty Luxów i z niecierpliwością oczekiwałem wyników. Puchar Śląska należy do LUXTORPEDY. Wysiłek nie poszedł na marne.

Chciałbym wszystkim podziękować za wsparcie i doping.

Mam nadzieję, że szybko wyleczę kontuzję i nie raz jeszcze spotkamy się na zawodach.

Pozdrawiam – Tomek

Fot. Luxtorpeda

5 Comments

  1. będzie dobrze zobaczysz, każdy z nas ciągle walczy z kontuzjami i innymi słabościami czyt. brak czekolady 😉 a prędzej czy później pojawia się na starcie a co ważniejsze i MECIE z coraz to lepszymi wynikami 🙂

  2. Agnieszko. Nie wiem czy jestem szybki bo nie mnie to stwierdzać, ale staram się. Może kiedyś nawiążę rywalizację jak równy z równym z Wami. Na razie jak wiadomo będzie z tym ciężko.
    Byle do przodu a będzie dobrze…
    Pozdrawiam

  3. co do tego, że spotkamy się jeszcze na zawodach to nie mam najmniejszych wątpliwości, bardziej nie wierzę, że uda mi się Ciebie kiedyś przegonić ;)) słyszałam Tomuś, że Ty szybki jesteś? ;))

  4. Dziękuję i także gratuluję;))

  5. Jeszcze raz wielkie gratulacje, ja też po każdym kółku mówiłam, że zejde ale czego się nie robi dla grupy 🙂 Pomyślałam sobie, że jakby się okazało, że te 5km brakło żeby wygrać DPŚ to bym sobie nie podarowała
    🙂

Leave a Reply

Close