Zapraszamy do przeczytania relacji z XIV edycji Tropiciela, w której wraz z autorem – Jackiem Kałuskiem wystartowali na dystansie 60 km. Agnieszka Karlik i Marcin Menżyk.

Ostatni weekend października – ten termin już od jakiegoś czasu był dla trójki członków Luxtorpedy Czerwionka czyli Agnieszki, Marcina i mnie, zarezerwowany na start w kolejnej – 14-tej edycji rajdu na orientację Tropiciel, organizowanego tym razem w Libiążu. Start ten był dla nas startem wyjątkowym ze względu na to, że po raz pierwszy przez zdecydowaną większość czasu jego trwania będziemy szukali punktów kontrolnych w nocy a także po raz pierwszy mieliśmy startować w warunkach jesiennych, kiedy temperatura w nocy mogła spaść poniżej zera, co zmuszało nas do zabrania innego ekwipunku niż podczas rajdów organizowanych latem. Jako, że zapisaliśmy się jako pierwsi zostaliśmy wpisani na sam początek listy startowej – nasz start miał nastąpić o godzinie 18:30 z bazy rajdu czyli hali sportowej w Libiążu, a za nami w odstępach co 5 minut startowały kolejne ekipy na trasę pieszą 60 km, trasę nawigacyjną i zwykłą 40 km a później na swoje trasy wyjeżdżali rowerzyści. Limit czasowy naszej, 60 kilometrowej trasy pieszej wynosił 16 godzin.

Ustalamy trasę
Ustalamy trasę

Po przyjeździe na miejsce, spakowaniu do plecaków ekwipunku, o godzinie 18:20 udaliśmy się na miejsce startu, gdzie przekazano nam mapy. No i na początek małe rozczarowanie – generalnie „solą” takich zawodów jest to, że trzeba samemu ustalić najbardziej korzystną trasę. Tym razem jednak kolejność zaliczania punktów kontrolnych (PK) na trasie 60 km została narzucona a to z uwagi na fakt, że dwa PK dla trasy 60 km znajdowały się na terenie gdzie od godziny 6:00 w niedzielę miało się odbyć polowanie i ze względów bezpieczeństwa punkty te ustalono jako 3 i 4 w kolejności aby mieć pewność, że wszystkie drużyny opuszczą ten teren przed tą godziną. Z drugiej strony konieczność zaliczania punktów kontrolnych w nakazanej kolejności i fakt startu kolejnych drużyn na trasie 60 km po 5 minut powodowała, że istniała możliwość śledzenia jednych grup przez drugie, co w sumie psuło całą zabawę.

No więc 18:30 na zegarku, parę pamiątkowych zdjęć i ekipa Luxtorpedy otwiera 14 edycję Tropiciela. Przed nami kilkanaście godzin błądzenia po lasach, łąkach, polach, wsiach i miasteczkach w okolicy Libiąża. Podążamy do pierwszego punktu kontrolnego, który umiejscowiony został na Wzgórzu Zbójnik. Idziemy na razie oświetloną latarniami asfaltową drogą oszczędzając akumulatorki w czołówkach. Po paru kilometrach marszu natrafiamy na pierwszy problem – dochodzimy do rzeki Chechło i w miejscu w którym wg mapy powinien być mostek jednak go nie ma. Tracimy cenny czas na przedzieranie się przez drzewa i chaszcze wzdłuż rzeki na północ, gdzie powinien znajdować się najbliższy mostek, oddalając się tym samym od pierwszego punktu kontrolnego. Rzeka ma około 3-4 metry szerokości więc przeskoczyć ją raczej ciężko a ryzykować przeprawy przez nią i przemoczenia się już na początku rajdu w temperaturze około 5 stopni raczej nie chcemy. W końcu udaje się nam go znaleźć i przechodzimy na drugi brzeg rzeki. Kierujemy się w stronę kopalni dolomitu „Żelatowa” a potem ostro pod górę na owe Wzgórze Zbójnika. W świetle czołówek nie widać (na szczęście) ile jeszcze do pokonania nam zostało ale brniemy pod górę po coraz bardziej stromej ścieżce, pod koniec już prawie na czworakach. W końcu udaje się na nie wejść ale teraz trzeba jeszcze odnaleźć PK. Z mapy wyczytujemy, że powinniśmy udać się na wschód i tak też robimy.

Nasza mapa
Nasza mapa

Odnajdujemy punkt – czeka nas tutaj zadanie dodatkowe za które możemy uzyskać 15 minut bonusu czasowego – otóż w powietrzu między drzewami rozpięte są 3 taśmy po których należy przejść – za każdy z odcinków można dostać 5 minut. Nie chcemy z Marcinem ryzykować rozerwania taśm i uzgadniamy, że zadania tego podejmie się, jako najlżejsza, Agnieszka. Przechodzi dwa odcinki jednak na trzecim spada w połowie. Osoby obsługujące punkt przyznają nam jednak 12 punktów. Odbijamy znacznik na karcie kontrolnej i schodzimy południową stroną góry. Niestety zaliczam tu parę upadków na błotnisto kamienistym podłożu i kaleczę rękę – odtąd nasza mapa jest bardzo specyficzna – w jednym z rogów poplamiona krwią – jak na mapę Tropiciela przystało ;).

Teraz pora na punkt B (rzeka Chechło – zwalone drzewo). Zauważamy, że jedna z ekip trasy 60-cio kilometrowej, czyli nasi rywale, idą dokładnie za nami, nawet w miejscach, gdzie zbaczamy z trasy robią to samo, ciągle widzimy niedaleko za nami światła ich czołówek. Nie za bardzo nam to pasuje, bo nie na tym polega ta zabawa, żeby kogoś śledzić ale, żeby samemu nawigować. Decydujemy się więc na fortel – wchodzimy w ścieżkę do lasu, gasimy czołówki i przyspieszamy kroku – podstęp się udaje i gubimy ogon!!  J Docieramy do PK, odbijamy perforator i ruszamy dalej do dwóch punktów przeznaczonych tylko dla trasy 60-cio kilometrowej (wzgórze Bukowica  i skrzyżowanie leśnych dróg). Po drodze pokonujemy kolejne wzgórze, przedzieramy się przez zabłocone dróżki oraz pole kukurydzy. Kiedy wracamy z drugiego z tych punktów mijamy się czterema drużynami z którymi rywalizujemy na tej trasie, tak więc, w najgorszym wypadku jesteśmy na 2 miejscu! Szybka analiza mapy i decydujemy się skręcić z asfaltowej drogi i skrócić trasę leśnymi ścieżkami. Pomysł okazuje się trafiony i po jakichś 40 minutach docieramy do PK na którym znowu czeka na nas zadanie – mamy do rozwiązania zagadkę logiczną typu „6 osób na brzegu rzeki, które trzeba przewieźć na drugą stronę, tratwa zabierająca tylko maksymalnie 2 osoby, kombinacja osób, które nie mogą zostać ze sobą” i 5 minut czasu na jej rozwiązanie. W nagrodę można otrzymać 15 minut bonusu. Zziębnięci pasujemy jednak i wolimy się ogrzać przy ognisku i przebrać w cieplejsze ubrania, coś przekąsić i napić się energetyka. Zresztą żadna z ekip z którymi byliśmy na tym punkcie zagadki prawidłowo nie rozwiązała. Na tym PK dołącza do nas, nie wiadomo skąd, pies, który będzie  z nami wędrował przez kolejnych parę kilometrów. Kolejny PK – przy stawie – tutaj kolejne zadanie – do ugrania 12 minut bonusu – dostajemy dwie kartki – na jednej 6 drzew, na drugiej 6 liści i owoców. Mamy ponazywać drzew i dopasować do nich liście i owoce. Nie wiem jakim cudem ale rozwiązujemy to dendrologiczne zadanie bez pomyłki. Teraz czeka nas dłuższy etap bez punktu kontrolnego – kolejny jest w odległości jakichś 6-7 kilometrów. Po długiej wędrówce, podczas której niestety opuszcza nas nasz czworonożny towarzysz, docieramy do stawu Rzepka. Tutaj ma miejsce większe zgrupowanie ekip, ponieważ jest już grubo po północy i jakiś czas temu sukcesywnie startowali rowerzyści.

Ponton na stawie Rzepka
Ponton na stawie Rzepka

Perforator którym trzeba zrobić dziurki na karcie kontrolnej znajduje się na wyspie na tym stawie na którą trzeba dotrzeć pontonem. To zadanie przypada na mnie. Czekam na swoją kolej i razem z członkiem innej ekipy zakładamy kapoki i sprawnie wiosłujemy do wyspy. Z powrotem musimy przeciągnąć ponton rękami na linie, która leży w wodzie. Też idzie nam to sprawnie, jednak niestety przemakają mi jedyne rękawiczki jakie zabrałem na trasę co nie jest zbyt przyjemne, tym bardziej, że temperatura spada poniżej 0. Ruszamy dalej na zachód do kolejnego PK, przy okazji uważając aby nie wejść na pobliski teren wojskowy. Dość sprawnie do niego docieramy i dostajemy tutaj paczkę ciastek. Nie marnujemy czasu i ruszamy na północ przechodząc przez pusty o tej porze (koło 3-ciej w nocy) Chełmek i docieramy do kolejnego wzgórza – Leśna. Odnajdujemy punkt na którym musimy pokazać na fantomach jak prawidłowo przeprowadza się przywracanie akcji serca i oddechu u dorosłego i dziecka – Marcin demonstruje to poprawnie i ruszamy dalej. Znowu podążamy parę kilometrów na północ przez oszronione łąki i lasy. Powoli zaczyna wschodzić słońce a my jesteśmy przy Stawie Bielnik gdzie czeka na nas zadanie przetłumaczenia zdania napisanego alfabetem Morsea. Wykonujemy je, wyłączamy w końcu czołówki bo ich światło już nie jest nam potrzebne i ruszamy ku dwom ostatnim PK. Zmęczenie daje już mocno o sobie znać a do mety jeszcze „na oko” ponad 10 km. Dodatkowym utrudnieniem jest, że w tym miejscu obszar na mapie jest obrócony o pewien kąt od rzeczywistej orientacji, tak więc trzeba to brać pod uwagę przy nawigacji. Można oczywiście ten obszar ominąć ale wiąże się to jednak z nadłożeniem drogi. Decydujemy się jednak iść obszarem „obróconym” co okazuje się słuszną decyzją. Po paru kilometrach odnajdujemy PK umiejscowiony w lesie przy pomniku partyzantów. I tu kolejne zadanie – strzelanie z broni pneumatycznej – każde z nas ma po 10 strzałów, żeby trafić do 3 celów – stawką jest 20 minut bonusowych. I co?? trafiamy wszyscy potrzebując maksymalnie 4 strzałów! Daje nam to pozytywnego kopa i żwawiej ruszamy ku ostatniemu PK (niestety znowu wzgórze – Gumnice Duże). Potwornie zmęczeni i obolali po przedarciu się przez las wspinamy się pod górkę. I jest!! Mamy przed sobą ostatni punkt. Jesteśmy na nogach 14 godzin i 30 minut, więc do końca limitu czasu mamy półtorej godziny a do bazy rajdu pozostało około 3,5 kilometra, więc zapas mamy duży. Na punkcie pytamy jeszcze ile drużyn z trasy 60 km było przed nami i z tego, co dziewczyny obsługujące ten punkt pamiętają, to tylko jedna. Tak więc jesteśmy prawdopodobnie na 2 miejscu! Wybieramy jak najkrótszą trasę i teraz już naprawdę na ostatnich nogach ruszamy do bazy, przy okazji co jakiś czas oglądając się czy ktoś nas nie dogania. Ostatnie kilometry to znowu marsz pod górkę i na koniec jeszcze schody do hali. Udaje się w końcu je pokonać, oddajemy kartę kontrolną (byliśmy na trasie 15 godzin i 13 minut i od tego czasu zostaną nam jeszcze odjęte zdobyte minuty bonusowe) i okazuje się, że faktycznie jesteśmy na drugim miejscu a jeśli chodzi o drużyny mieszane to na pierwszym!! Brudni, zmęczeni, obolali i zziębnięci idziemy najpierw po zasłużoną porcję ciepłej grochówki – dawno nic mi tak nie smakowało. Wyglądamy jak zombie, trudno wstać bo mięśnie się przeciwko temu buntują. Kroimy jeszcze scyzorykiem ciasto, które dostaliśmy na jednym z punktów – zwykła babka ale smakuje przepysznie. W nogach 63 km (ja o 10 więcej, bo jeszcze rano pobiegłem w Memoriale Chromika w Mysłowicach), nawet nie chce się nam rozmawiać, tylko uśmiechamy się przyjmując gratulacje od startujących. Powoli zbieramy się i wolniutko i ostrożnie ruszamy pod prysznice – oj, mógłbym pod nim stać teraz i godzinę. Przebieramy się w świeże ubrania, cofamy zegarki o godzinę (w nocy była przecież zmiana czasu) i udajemy się na salę w oczekiwaniu na ceremonię zakończenia. Leżąc na materacu zasypiam na parę minut – oj, marzyłem o tym od paru godzin.

Tropiciele ucięli sobie drzemkę
Tropiciele ucięli sobie drzemkę

Gdzieś koło 10:30 rozpoczyna się ceremonia zakończenia oraz odczytywanie wyników (organizatorzy Tropiciela nie przyznają nagród za poszczególne miejsca, nie ma podium, ponieważ wychodzą z założenia, że zwycięzcami tutaj są wszyscy) – drugie miejsce na trasie 60 kilometrowej zajmuje nasza drużyna – nagrodą są oklaski pozostałych uczestników i niesamowita satysfakcja. Jest ona tym większa, gdyż jak się okazuje ta edycja była najtrudniejszą z wszystkich 14 do tej pory rozegranych (każda rozgrywa się gdzie indziej) – wszystkie PK w ustalonym limicie odnalazło tylko 15% uczestników. Tak więc po raz kolejny rozsławiliśmy LUXTOPEDĘ na trasach rajdów na orientację i nie przynieśliśmy wstydu po raz drugi zajmując drugie miejsce.

Sławiący LUXTORPEDĘ na mecie
Sławiący LUXTORPEDĘ na mecie

-jj

10 Comments

  1. Brawo. Jestem pełna podziwu dla Was 🙂 może kiedyś i ja się skuszę …kto wie 😉

  2. Wiecie, że ja jestem bardzo chętny na kolejną edycję tylko teraz mi kolidowało z Krakowem. Jak tylko termin spasi, walczymy razem o wygraną 🙂 Raz jeszcze gratulacje i fajnie, że spisaliście wrażenia z tej przygody 🙂 Super, że mamy kolejne osoby, którym plasowanie się na podium weszło w krew 🙂

  3. JA się zdecyduje ale dajcie mi znać odpowiednio wcześniej żebym finansowo się przygotował 🙂

  4. dzięki 🙂
    ze swojej strony chcę powiedzieć, że fajnie by było, gdyby więcej osób z LUXTORPEDY spróbowało startów w takich rajdach – to naprawdę niesamowity wysiłek, dla mnie większy niż maraton. Jak widać na przykładzie Marcina ten bakcyl zaraża 😉

  5. Brawo, brawo, brawo – takie biegi pokazują, że członkowie Luxtorpedy oprócz pary w nogach mają też mądre głowy 🙂

  6. zespół liczy sobie pięć osób, kolejny raz było nas tylko troje … czekamy na chętnych Dorotka 😉

  7. Jaca jak zwykle czytać relację z Waszego biegu to sama przyjemność. Gratuluję. Jesteście Wielcy ja nigdy tego nie dokonam, lecz dobrze że Wy robicie to wspaniale.

Leave a Reply

Close