Zapraszamy do przeczytania relacji Jacka Kałuska, który wraz z Agnieszką Karlik wystartował w grze miejskiej „Odkryj Katowice”. Jak poszło naszym zawodnikom? Tego dowiecie się z lektury.

 

Co też mnie podkusiło, żeby zapisać się na Grę miejską w Katowicach? Mnie, czującego się pewniej jako „tropiciel” w lesie? Może to moje od niedawna „mieszczaństwo”? Nie wiem. Fakt jest taki, że zdecydowałem się nas zapisać do udziału w pierwszej edycji gry miejskiej Odkryj Katowice, w kategorii drużyn mieszanych rzecz jasna.

odkryjkatowice1No więc nadszedł ten dzień czyli 8 luty 2015 a.d. Pewien niepokój wywołały u mnie już wieczorne obfite opady śniegu, które nie ustawały do niedzielnego poranka. Ale co robić? Wstajemy, konsumujemy leniwie śniadanie, przebieramy się stwarzając pozory wytrawnych biegaczy (ja pakuję też kompas no bo skoro to zawody w terenie to się przyda przecież), odśnieżamy „czerwoną strzałę” (red sejczek) i ruszamy w daleką drogę (jakieś 10 km). Po długiej i pełnej przygód podróży docieramy na miejsce startu, którym jest Hotel Silesian w Katowicach (ilości gwiazdek nie pamiętam ale kilka ich było). Parkujemy „strzałę” przed hotelem i ruszamy do środka. Biuro zawodów już otwarte, wszystko sprawnie załatwiamy, na stolikach butelki coca coli, kawa, ciastka – no wypas! Jednak pierwsza rzecz już wzbudza mój niepokój – dostajemy od razu mapę terenu. Półtorej godziny przed startem! Przecież w rajdach terenowych mapę dostaje się 5 minut przed wyruszeniem w trasę… Niepokój rośnie kiedy patrzę na nią i nie widzę linii wskazujących północ… „O, psia krew” – myślę sobie, w co się wpakowałem.

Fachowe dyskusje ;)
Fachowe dyskusje 😉

Mój niepokój rośnie kiedy z rozmów z bardziej doświadczonymi w tego typu rajdach miejskich uczestnikami dowiadujemy się, że tutaj kompas nie jest potrzebny tylko znajomość miasta. „Aha, to super”… Nieśmiało chowam kompasik do torby i mina mi rzednie. Zaczynamy przyglądać się mapie – punkty kontrolne zaznaczone na mapie są opisane zagadkami i oznaczone grafiką wskazującą na ich rodzaj np. nutka, książka, hantle, itp. Przysłuchujemy się więc pilnie rozmowom przy stolikach – autochtoni bez problemu rozpoznają gdzie mieszczą się poszczególne punkty a my staramy się zapamiętać te wskazówki – a więc kręgielnia przy „Punkcie 44”, biblioteka przy UŚ, siłownia w Realu, itp. Trochę się uspokajamy pijąc kawę, jedząc ciasto (Agnieszka) i rozmawiając z uczestnikami.

Gotowi do startu?
Gotowi do startu?

Czas miło mija ale w końcu dochodzi 11, więc czas na start. Żeby nie było tak łatwo, wskazują nam pierwszy punkt, który trzeba najpierw zaliczyć a kolejne możemy zdobywać w dowolnej kolejności. No i okazuje się, że ten pierwszy jest jednocześnie najdalej położonym od bazy – jest to hotel za Spodkiem. Ruszamy więc z kopyta… W sumie to Agnieszka gna, ja się rozkręcam. Najważniejsze, to nie zgubić zawodników przed nami, przynajmniej do tego pierwszego punktu a potem już sobie chyba jakoś damy radę. Trzymamy się więc grupy, przebiegamy kładką nad autostradą a potem biegiem przez jakieś osiedla (nie mam pojęcia gdzie jestem) i w końcu widzę Spodek. No – to już się teraz chyba nie zgubię. Pytam o coś Agnieszkę, która już jest za mną (no bo przecież już się rozkręciłem) ale nie odpowiada. Pytam czy ma kolkę? Odpowiedź twierdząca (było jeść ciastka przed startem?). Nie pytam już o nic. Zwalniamy troszkę, obiegamy Spodek i jesteśmy już w hotelu – pierwszym punkcie. Szybko wbita pieczątka na kartę i lecimy dalej jak na Luxtorpedy przystało. Kawiarenka koło ronda – bach i pieczątka postawiona. Szybka decyzja o wyborze kolejnych punktów – biegniemy do kręgielni gdzieś w okolice ul. Gliwickiej. Oglądam się a kilkadziesiąt metrów za nami większa grupa. Nie dajemy się jednak i docieramy do kręgielni przed nimi co miało znaczenie, bowiem czekało tutaj na nas zadanie – każde z nas miało po jednym rzucie i musiało zbić co najmniej 5 kręgli, w przeciwnym wypadku była kara – pompki albo przysiady. No to biorę ta kulę i rzucam – tyle ile trzeba czyli 5 kręgli leży – a co się będę popisywał. Agnieszka za to nie mogła się powstrzymać – ostał się ino jeden biedny kręgiel. Do kręgielni wpada większa grupa a my ruszamy dalej. Tym razem czeka nas wspinanie się na ulicę Barbary czyli w kierunku autostrady (gdybym miał kompas powiedziałbym, że na południe). Biegniemy a właściwie brniemy przez zaspy, kałuże, zwały mokrego śniegu starając się omijać jakoś przechodniów. Chyba biegniemy w dobrą stronę o czym świadczą biegnący po drugiej stronie ulicy zawodnicy. Buty już mam kompletnie przemoczone a palce w nogach zmarznięte. Dobiegamy do kolejnego punktu – „Jigsaw rooms”. No i kolejne zadanie – trzeba zsumować cyferki przyporządkowane konkretnym literom w łamigłówce. Podchodzę do kartki i powoli sumuję liczby gdy słyszę nagle zza pleców głos Agnieszki –„dwadzieścia trzy”! Hmm – szacun. Kolejny punkt i zadanie zaliczone.

W końcu winda zadziałała i oto jesteśmy!
W końcu winda zadziałała i oto jesteśmy!

Teraz zbiegamy w dół do rynku a konkretnie do Skarbka, gdzie, jak wynika z opisu, trzeba wjechać na górę jedną z dwóch szklanych wind. Skracamy sobie drogę przebiegając przez Dworzec Główny i robiąc slalom pomiędzy podróżnymi. Docieramy na miejsce ale tu klops – żadna z wind nie chce działać! Jedna tkwi sobie na górze a druga stoi na dole i ani myśli drgnąć… Tracimy tutaj z dobre 10 minut wsiadając i wysiadając z windy stojącej na dole i biegając wokół Skarbka szukając innej drogi na górę. Co jednak najgorsze dobiega do nas inna drużyna mieszana no i cała przewaga… W końcu udaje się uruchomić windę a co ważne wjeżdżamy nią sami, gdyż rywale nie zdążyli z nami wsiąść, bo szukali innego wejścia. Na górze dowiadujemy się, że jesteśmy trzecią ekipa mieszaną która tu dotarła. W sumie o niczym to nie świadczy, ponieważ kolejność zaliczania punktów jest dowolna (poza tym pierwszym) ale daje nam to jakiegoś kopa.

Szybko docieramy pod biblioteką przy UŚ. Przebiegnięcie przez ulicę Warszawską (oczywiście na czerwonych światłach ale dzisiaj już tyle wykroczeń popełniliśmy, że nawet na to nie zważamy) i szybko przemieszczamy się w kierunku Biblioteki Śląskiej. Tutaj przy pomniku zaliczamy przedostatni punkt kontrolny. Kierujemy się w kierunku kładki nad autostradą i przez parkingi w centrum handlowym przy 3 Stawach dobiegamy do siłowni – bach i kolejna pieczątka. Na trasie jesteśmy już z półtorej godziny ale ile sil w nogach biegniemy do hotelu, którego budynek już bardzo dobrze widać. Pod koniec jeszcze szybki sprint i ściganie z ekipą męską, która chciał nas wyprzedzić (nie daliśmy im szans) i jesteśmy w bazie. Oddaję mapę i pytam czy nie jesteśmy ostatni – i tutaj szok! Dowiadujemy się, że zajęliśmy 2 miejsce w miksach! I to w debiucie! I to bez kompasu! Minus taki, że musimy czekać na dekorację a nie wzięliśmy ciuchów na przebranie (kto by się spodziewał podium). Trzeba więc szybko udać się na nieplanowane zakupy i kupić coś suchego (na szczęście to czas zimowych wyprzedaży więc koszty nie są wysokie). Oglądam jeszcze mapkę i trochę drogi nadłożyliśmy – gdybyśmy pobiegli optymalna trasą być może dało by się zaoszczędzić z 10 minut (tyle straciliśmy do zwycięzców)…. Ale co tam – jest podium na którym w końcu stajemy. I to bez kompasu 😉

  Autor: Jacek Kałusekodkryjkatowice5

2 Comments

  1. Tak czyta się świetnie relacje Jacka,jak zwykle wielkie brawa i podziwiam.

  2. Świetnie się czyta, relacja zachęca do nieuniknionego debiutu na rajdach przygodowych. Tak więc do spotkania za niedługo gdy tylko pojawi się okazja. Oczywiście – gratulacje wielkie za rewelacyjne miejsce i wyprzedzenie niejednego „tubylca” 🙂

Leave a Reply

Close