35 PZU Maraton Warszawski był dopiero moim drugim maratonem ale zupełnie innym niż ten w Dębnie.  Choć nie lubię takich masowych imprez ta wydała mi się całkiem sympatyczna co potwierdza, że odbiór imprezy (szczególnie biegowej) zależy od tego jak nam osobiście poszło na zawodach. No ale od początku.

 

Stolica wita.

Swoją podróż do Warszawy rozpoczęliśmy o godzinie 6:00. Po drodze zaliczyliśmy Olkusz gdzie poznaliśmy Mirelę, biegaczkę z Olkusza, która podobnie jak ja zaliczyć miała drugi maraton w życiu. W sympatycznym towarzystwie i z dobrymi humorami wyruszyliśmy w trasę do Warszawy. Było sporo czasu by poznać bliżej nową koleżankę a rozmowom (szczególnie na tylnym siedzeniu samochodu nie było końca ;).

Do Warszawy zawitaliśmy przed 12:00 odstawiając Gosię w jej miejsce docelowe. Spotkaliśmy się z Wojtkiem, który już w piątek zjawił się w stolicy. Zabraliśmy go i udaliśmy się na narodowy. Stadion wbrew narzekaniom całego kraju ładny, nowoczesny. Jednym słowem robi wrażenie. Odebraliśmy pakiet startowy: oryginalna koszulka z możliwością wypisania własnego czasu, przyzwoita czapeczka, worek, pakiet startowy z T-Mobile, i tradycyjna garść ulotek.  Jeszcze kilka zdjęć, chwila na stadionie gdzie zobaczyliśmy start hand bike’ów z Rafałem Wilkiem (byłym żużlowcem) na czele a następnie na małą przekąskę.

Po Kebabie rozstaliśmy się ze starszymi Tomanami i wraz z Wojtkiem udaliśmy się na nocleg. Nie spaliśmy w hotelu. Przygarnęło nas fajne młode małżeństwo z córeczką, które pozdrawiam. Dzięki Marysi otrzymałem nowe imię: Adrian. Nikt nie wiedział dlaczego. Długim rozmowom nie było końca ale nadszedł czas na przygotowania do startu (i odkrycie: nie mam skarpetek do biegania). Czas na sen.

IMG_6925
U naszych gospodarzy.

Niedziela. Czas Walki.

W niedzielę śniadanko i ruszamy na start.  Dotarłem z  Gosią o 8:30, co okazało się później w porównaniu do Wojtka czasem wystarczającym. Zrezygnowałem z osobistego oddawania depozytu z nadzieją, że uda się Gosi. Szybka rozgrzewka, wizyta w „WC Chatce” , batonik, kilka fotek  i pełen obaw wystartowałem… tzn. zacząłem maszerować do startu. Pełen obaw bo ten  rok nie należy w moim wykonaniu do udanych. Starty w tym roku poza dwoma, trzema wyjątkami okazywały się porażką. Treningi jakie aplikował mi Kuba okazywały się niejednokrotnie bardzo ciężkie a samopoczucie po nich nie nastrajało pozytywnie. Po wczasach wróciłem jednak wypoczęty i bojowo nastawiony do biegu.

Wracam jednak do biegu. Mijam start i Pana Babiarza, który zachęca wszystkich do walki. Biegnę już w pobliżu mojego balonu na 3:45. W okolicach 1km słyszę „Cześć Mihone”. I znajoma twarz co mnie wielce ucieszyło- Darek Potusyzński z Leszczyn. Miał biec na ten sam czas. Do 10km zleciało nam bardzo szybko na rozmowach na różne tematy. Około 10km zaczęliśmy powoli się od siebie oddalać by na 15km praktycznie biec osobno ale w zasięgu wzroku. Ja po prostu traciłem na punktach odżywczych a nie chciałem marnować sił na zbędne przeciskanie się do przodu. Co później okazało się słuszną decyzją. Przecież żeby dogonić balonik miałem jeszcze jakieś 2 godziny. No i tak sobie biegłem.. 17km… 19km… połówka. Zające robili dobrą robotę, równe tempo bez szarpania (dzięki Adam i Michał!).  Pojawia się bazylika Opatrzności Bożej. Duża ale mnie nie porwała sowim pięknem. Wychodzi słońce, a ja mam bieliznę termoaktywną pod koszulką Luxtorpedy. Trochę się obawiam czy to był dobra decyzja. Jakoś ten odcinek od bazyliki zaczął się dłużyć. Jakieś ślady zmęczenia się pojawiają. Czyżby podobna sytuacja jak w Dębnie? 27km: chyba zaczyna się lekki kryzys. No ale „nie odpuścić tym razem. Nie zatrzymasz się”. Pojawia się 30km, czas na drugi żel: „Teraz będzie moc”. I myśli: „Za 2,5km wezmę banana i będzie Powerade”. Tak mija już 33 km. Nie wziąłem banana. Dopiero na 35km zdecydowałem się jeszcze na dwa gryzy. Ale zaczyna już wszystko boleć. Sapię powoli jak parowóz. Nie dobrze, ale „na 37,5 znowu woda, do 39 znowu będzie lepiej”. Mijam Darka, który mówi, że ciężko i łapie go kryzys. Próbuję go motywować ale wolałem nie zwalniać. Wszystko idzie zgodnie z planem, chociaż nie zaatakowałem jak chciałem, na 35km. „Na 40km poleje się wodą i już dobiegnę odświeżony”. Widać narodowy… Już tylko niecałe 2km…. Wbiegam na most Poniatowskiego. Tutaj zaczynaliśmy. Adam – pacemaker krzyczy „Chłopaki walczymy!”. Myślę sobie: „No dobra, jak tak mówisz”… I tu nagle widzę… koszulka Luxtorpedy. To tata. Widziałem już że miał jakiś kryzys. Przecież normalnie bym go nie dogonił. Biegnie i nagle zaczyna maszerować. Klepię go po ramieniu i próbuję dodać sił. Znowu jednak nie zwalniam. Zbieg za mostem. Narodowy na wyciągnięcie ręki. Zaczynają się jakieś kłucia w udach i łydkach. Czyżby skurcze? Teraz na 200metrów do mety?  Skręcam przez bramę na teren narodowego. Patrzę na telefon. Czas około 43 minuty. Tunel na narodowym… i wbiegam na stadion. Pełno kibiców, zaczyna być widać metę. Biegnę ile sił w nogach. Lekki tłok ale jeszcze kilku mijam… jest meta. Radość ale i 30 sek później ogromny ból.

Tak… 3:44:11 netto. Udało się. Najlepszy bieg jak do tej pory w moim wykonaniu.

 Radość i powrót do domu

Po zejściu z płyty, odebraniu medalu, przechodzę poza stadion i spotykam Wojtka, który mi gratuluje. Słysząc jego czas aż mnie wryło. Około 2 minuty za nim. A więc jednak treningi okazały się skuteczne. Dobiegłem w dobrej formie i stanie. Tradycyjnie udałem się na masaże, a po nich już do Gosi. Po drodze jedyna okropna rzecz tego dnia… zimny makaron :/ Ohyda.

Sytuacja się odwróciła w porównaniu z Dębnem. Tym razem ja wracam w dobrym nastroju a dwaj Panowie z mizernymi minami. No i co by było gdyby Wojtek nie pożyczył mi swoich „rekordowych” skarpetek? 🙂

Spotykamy Mirelę przy samochodzie… 4h 12 minut! Coś niesamowitego. Również zadowolona a dodam, że biega od lutego. Mam nadzieję, że w Poznaniu znowu się zobaczymy.

Powrót to już męki dla mnie. Ogromny ból w lewej nodze, kręgosłupie ale powoli jakoś dojechaliśmy.

Teraz wiem, że każdy maraton jest inny, każdy na swój sposób ciekawy a „Sukces nigdy nie jest ostateczny, porażka nigdy totalna. Liczy się tylko odwaga”. Więc co mi tam. Zaatakuję rekord rodzinny na wiosnę.

Wstępna galeria:

Mihone

4 Comments

  1. Pani Doroto, dziękuję 🙂 Pani za to świetnie poszło 🙂 Ja odpocznę i ruszam znowu do boju, nie ma lekko 😉

  2. A przeżycie na mecie kiedy wbiegł Michał nie da się opisać radość i strach.Radość bo jest Michał strach gdzie Andrzej co się stało, jednak za chwilkę jest i radość bo cały i zdrowy.Mogę spokojnie na nich czekać.Tak zawsze jest ten wielki stres kiedy czekam jako kibic nawet wtedy gdy biegną na10 km .
    Wojtek bardzo gratuluję to był ładny bieg ,następny będzie lepszy 🙂

  3. Gratulacje !!! ( jak ja Wam zazdroszcze, ciekawe czy kiedyś poczuję smak ukończenia tego koronnego dystansu 🙂 )

  4. Na pierwszym zdjęciu od razu widać kto był na wczasach przed maratonem 😛
    A na ostatnim jak by wyglądał Usain Bolt gdyby był Egipcjaninem.. 😛
    Fajna relacja 🙂 Raz jeszcze gratki za świetną życiówkę!

Leave a Reply

Close