Do Lozanny chciałem się wybrać już od jakiegoś czasu, żeby odwiedzić mieszkającego tam mojego przyjaciela – Daniela. Stwierdziłem, że byłoby świetnie przy okazji wziąć udział w odbywającym się tam co roku maratonie.

W tym roku była to 20. edycja Maratonu Lozańskiego. Maraton może nie należy do tych największych – w tym roku ukończyło go 1287 osób – ale impreza biegowa naprawdę duża. Oprócz maratonu odbył się również półmaraton, bieg na 10km, 10km Nordic Walking, oraz 10km zwykły Walking 🙂 Zaplanowane zawody dla dzieci zostały odwołane ze względu na trudne warunki atmosferyczne. W sumie na kilku listach startowych zapisanych było prawie 13tyś ludzi.

 

Expo zawodów zlokalizowane było w dużym namiocie przy brzegu Jeziora Genewskiego. Pakiety startowe można było odbierać od piątku do niedzieli. Ja nie mogłem się doczekać i oczywiście swój pakiet odebrałem już w piątek. Kolejek nie było żadnych, wszystko przebiegało bardzo sprawnie. Pakiet startowy – bez szaleństw: oczywiście numer startowy z czipem, który trzeba było zwrócić po biegu, ulotki reklamowe, próbka żelu pod prysznic i koszulka techniczna, co ciekawe z długim rękawem.

W sobotę pasta party, które miało miejsce na pokładzie statku „Lausanne”. Może i ciekawy pomysł, ale chyba nierealne, żeby wszyscy zapisani biegacze zostali obsłużeni. Ludzi chcących wejść na statek było dużo, a pogoda niezbyt sprzyjała staniu w kolejce. (Cały dzień padał deszcz i było zimno) Wiele osób – w tym i my – po chwili czekania rezygnowało z pasta party.

 

 Długo zastanawiałem się jak się ubrać na ten bieg. Planowałem biec w krótkich spodenkach i w luxtorpedowej koszulce. Mało brakowało, a nie spakowałbym nic z długim rękawem. Prognozy pogody tydzień przed maratonem mówiły o temperaturze ok. 8° i możliwych przelotnych opadach. Im bliżej dnia biegu, tym prognozy były gorsze. W piątek popołudniu zaczął padać deszcz i padał niemalże cały czas do nocy z soboty na niedzielę. Jak przestał padać deszcz to zaczął sypać śnieg. Dopiero wtedy zdecydowałem, że założę jednak coś z długim rękawem. Myślałem, że jedna bluza będzie wystarczająca, a wiatrówkę wezmę tylko na rozgrzewkę. Jednak już na rozgrzewce, po kilku minutach wiedziałem, że wiatrówka też się przyda.

Start miał miejsce o godzinie 10:10. W oczekiwaniu na wystrzał startera rozgrzewała nas muzyka. Atmosfera pomimo mroźnej pogody była super. Widać było biegaczy z całej Europy i nie tylko. Spośród zarejestrowanych do maratonu biegaczy, aż 43% było spoza Szwajcarii. Ja ustawiłem się raczej z przodu, w tłumie udało mi się wypatrzeć jednego Polaka. Poznałem po imieniu – Arkadiusz. Wymieniliśmy kilka słów, też nie spodziewał się takiej pogody.

 

Pierwsze dwa kilometry – chociaż oczywiście wiedziałem, że lepiej zacząć spokojnie – biegłem szybciej niż planowałem. Ale usprawiedliwiałem się sam przed sobą, że to przez to, że było lekko z górki 🙂 Później udało mi się trochę zwolnić i biec w miarę równym tempem. Trasa prowadziła z Lozanny, brzegiem jeziora do Vevey, gdzie była nawrotka i z powrotem tą samą drogą do Lozanny. Podobno z tej drogi jest piękny widok na Jezioro Genewskie, na drugim brzegu widać Alpy, ale tego dnia nie udało mi się o tym przekonać.

Pogoda była straszna. Temperatura od -1° do 4°. Jako mors głupio mi się na to skarżyć 😉 ale dodam, że średnia wilgotność wynosiła 70%, średnia prędkość wiatru 36km/h, a w porywach nawet do 54km/h. Ale i tak biegło mi się naprawdę dobrze. Bez problemu utrzymywałem swoje tempo, nawet jak było pod górkę. Czapeczkę mocno wcisnąłem na głowę, żeby mi jej wiatr nie zerwał. Okulary też się przydały, chroniły oczy przed wiatrem i śniegiem.

 

Kibiców na trasie było bardzo mało, ale wcale się temu nie dziwię, mi też by się z domu w taką pogodę nie chciało wychodzić 😉 Za to ci co się pojawili byli super! Poza tym na trasie przygrywało kilka zespołów muzycznych. Gdy się koło nich biegnie prędkość biegu automatycznie rośnie. Punkty odżywcze rozstawione wystarczająco często, bogato zaopatrzone. Banany, pomarańcze, czekolada, żele, izotoniki, woda – czego tylko dusza zapragnie. Ja jednak wolałem nie eksperymentować, piłem tylko wodę. Na początku miałem z tym pewien problem. Nie chciałem się zbytnio polać. Normalnie się tym nie przejmuję, jeśli zostanie woda w kubku to ląduje ona na mojej głowie, ale przy takiej temperaturze to nie było najlepsze rozwiązanie. Na szczęście szybko wpadłem na to, żeby najpierw wylewać nadmiar wody na asfalt – nie na głowę. Zostawiałem tylko 2, 3 łyczki, które bezpiecznie lądowały w moim gardle.

Kilka kilometrów przed nawrotką, już w Vevey, minąłem się z prowadzącym zawodnikiem, który już wracał do Lozanny. A niedaleko za nim, z niewielką stratą biegł zawodnik z numerem 5. Zapamiętałem, że z tym numerem biegnie Polak Krzysztof Bartkiewicz. Chciałem mu coś krzyknąć na zachętę, ale zanim zebrałem myśli był już daleko. Za to ja w tym momencie dostałem sporego kopa widząc, że rodak biegnie na tak świetnej pozycji. Nie wiedziałem wtedy, że ten pierwszy to też był Polak 🙂

Na półmetku miałem bardzo fajny czas i czułem się też świetnie. Ale nie ekscytowałem się zbytnio, wiedziałem, że będzie mi bardzo trudno dobiec w takim tempie do mety. Przed biegiem analizując profil trasy spodziewałem się, że będzie bardziej płasko, lecz okazało się, że naprawdę płaskich odcinków było niewiele. Cały czas albo lekko pod górkę, albo z górki. Nie było jakichś bardzo stromych podbiegów, ale wiadomo, że niełatwo na takiej trasie trzymać tempo.

W drodze powrotnej kilka razy zza chmur wyjrzało słońce, zdarzało się, że wiatr ustawał. Wtedy zaczynało mi się robić ciepło, rozpinałem się pod szyją. I prawie za każdym razem gdy się rozpiąłem od razu zrywał się mocny wiatr, a słońce znikało. Moje tempo było trochę wolniejsze, ale i tak na tym odcinku wyprzedziłem wielu biegaczy. Niektórzy nie wytrzymywali trudów biegu i przechodzili do marszu.

Byłbym bardzo szczęśliwy gdyby ten maraton skończył się ok. 38 kilometra 🙂 Wtedy bowiem widziałem, że biegnę coraz wolniej, chciałem przyspieszać, a nie mogłem. Jedynie gdy ktoś mnie przeganiał starałem się jeszcze dotrzymywać mu kroku, ale nie udawało mi się to zbyt długo. Zaczęły mnie boleć stopy od sznurówek, które okazało się – zawiązałem zbyt mocno. Mogłem się zatrzymać i trochę poluzować, tylko, że nie chciałem tracić cennych sekund i bałem się, że nie będę umiał już ruszyć. Trochę się zestresowałem gdy na ostatniej prostej, jakieś pół kilometra przed metą wyprzedziła mnie dwójka pacemakerów biegnących niby na 3:15, a dobiegli w 3:13. Przeszło mi przez myśl, że coś jest nie tak z moim zegarkiem i mam czas gorszy niż myślałem. Ale gdy już zobaczyłem metę i oficjalny czas, uspokoiłem się, wiedziałem, że moja życiówka jest niezagrożona 🙂 Uspokoiło mnie to może i za bardzo, bo nie miałem już wtedy motywacji ani siły – do ostrego finiszu przed metą.

Linię mety przekroczyłem z czasem 3:13.15,7 , poprawiając o półtorej minuty swój wynik z wiosny.

Rozpoczynając przygotowania do tego startu liczyłem na więcej. Ale biorąc pod uwagę to, że planu nie udało mi się zrealizować w 100% i to w jakich warunkach odbył się ten bieg – jestem bardzo zadowolony z wyniku.

Za linią mety dostałem oczywiście medal, przykryto mnie folią. Jabłka, banany, soki – co tam dawali, po kolei wszystko wrzucałem w siebie.

 

Przebrałem się i pomału dochodziłem do siebie. Musiałem jeszcze czekać na Daniela, który biegł półmaraton. Półmaraton startował po godz. 13. z Vevey.

Trasa przebiegała tak samo jak druga część maratonu. Czekając – usłyszałem, że Polak zajął pierwsze miejsce. Sądziłem, że to Krzysztofowi Bartkiewiczowi udało się wyprzedzić lidera i wygrać. Dopiero później doczytałem, dziwiąc się bardzo, że wygrał inny Polak – Bartosz Olszewski z Warszawy!

A Krzysztof z nr „5” utrzymał świetne drugie miejsce.

Daniel pojawił się szybciej niż się spodziewałem. Ukończył swój pierwszy półmaraton w czasie 1:43.20. Gratulacje! Dodam, że wcześniej nigdy nie biegał na takim dystansie i w ogóle były to jego drugie zawody. Wcześniej- katorżnik. Kupujemy go do Luxtorpedy? 😉

 

Żeby było jeszcze o czym opowiadać, okazało się, że na drugi dzień – nastąpiła znaczna poprawa pogody. Temperatura podobna, ale śnieg nie sypał, nie wiało, a na niebie pokazało się słońce. Wprost idealna pogoda do biegania! I rzeczywiście to niesamowite ile ludzi tam biega. Spacerując po Lozannie dosłownie co minutę spotykałem jakiegoś biegacza. Można pomyśleć, że to przez to, że dzień wcześniej odbywały się tam zawody, ale podobno tam to zupełnie normalne. A odpoczywając chwilę na plaży zobaczyłem wreszcie ten świetny widok na Alpy.

 

 Miałem wtedy wielką ochotę rozpocząć sezon morsowania. Niestety nie miałem przy sobie „sprzętu” – znaczy ręcznika ani kąpielówek. A bez tego ludzie mogliby się patrzyć na moją kąpiel podwójnie zdziwieni – po pierwsze, że ktoś ma ochotę kąpać się w takiej temperaturze, a po drugie – na golasa. No i nawet zdjęcia bym tutaj nie wkleił 😉

RELACJA: Rafał Żak

3 Comments

  1. Jeszcze raz gratulacje ,świetna relacja to drugie gratulacje.
    Kupowanie tu chyba nie mamy kasy 🙂 ale bardzo się ucieszymy jeśłi zasili nasze szeregi.

  2. Oczywiście, że kupujemy jeżeli jest tylko chętny 🙂 A co do ostatniego zdania relacji, to mógłby byc ciekawy widok 🙂 Jeszcze raz gratulacje, super relacja

  3. jeszcze raz gratulacje i dzieki za relację.

    Daniela oczywiscie kupujemy jesli chce 😉

Leave a Reply

Close