Skoro nasz debiutant już opisał swoją wielką przygodę, pora na kilka zdań od biegacza świętującego swój 10. maraton, czyli mnie 😉

Nie będę opisywał drogi do Dębna bo Michał już to zrobił. Faktem jest, że jest to daleko (do Berlina krócej jechałem).

Tytułem wstępu – przygotowania do maratonu w Dębnie rozpocząłem w listopadzie ale od stycznia zaczęły się solidne przygotowania zwieńczone kolejnymi rekordami w miesięcznym kilometrażu (279km w styczniu, 307 w lutym). Nie byłbym sobą, jakby coś nie zepsuło mi planów. Tym razem była to niedyspozycja w marcu w postaci podziębienia i bólu piszczeli. Przerwa zrobiła swoje (kradnąc nieco wypracowaną formę) ale coś za coś 😉

Cały okres przygotowań starałem się nie podpalać i nie jeździć na zawody, uczestnicząc tylko w jednym starcie kontrolnym. Ten nastąpił w Żywcu i został zwieńczony drugim z najlepszych moich wyników na tym dystansie. Z 1:33.06 byłem bardzo zadowolony i morale wzrosło, dając nadzieję na nową życiówkę w Dębnie. Przejdźmy dalej.

 

Niedziela, dzień startu. Smaczne, zróżnicowane śniadanie zjedzone, półtorej kawy na pobudzenie, batonik z płatkami na dopełnienie i można jechać. Ciągle sprawdzam pogodę. Nastawiłem się na bieg „na letnio”, prognozy jeszcze dzień prędzej pokazywały 8 stopni a o poranku o godzinie 9. jest koło zera i zapowiadają 5.

Na miejscu się ociepliło i po kilku przebieraniach (gorzej jak baba :P) znalazłem optymalny zestaw na dziś. Spisał się idealnie, dodam 🙂

Przed startem Michał z Andrzejem pobiegli do depozytu i rozgrzewać się, ja w dresach rozpoczynam niespieszny, długi cykl rozgrzewkowy.

1

Powolny trucht, łagodne rozciąganie, przebieżki, głębokie oddechy. Czuję strach i niepokój. Z doświadczenia wiem, że to dobry znak – z reguły z takim samopoczuciem przed startem idzie mi dobrze. Taka natura, co poradzić 😉

2

Po zrzuceniu ciuchów ubieram folię z Berlina by trzymać ciepło do samego startu. Wybiegając na rozgrzewce poza miasto czuję, że wiatr dzisiaj nie jednemu pokrzyżuje szyki, trzeba uważać.

Oczekiwanie na start, ostatnie uwagi wymienione z Michałem, chwila koncentracji. W głowie szlifuję plan. Pobić 3:30. Przy zachowaniu sił nawet 3:20. Zacznę trochę wolniej niż na 3:20 i zobaczę. Dużo będzie zależeć od samopoczucia.

3

Start. Tłum ruszył. Z początku jest ciasno ale po doświadczeniach w Berlinie czuję się swobodnie. Już po kilometrze jest na tyle luźno by biec swoje. Czyli tak jak po 35. kilometrze w Berlinie 😛

Pierwszy kilometr biegnę bardzo ostrożnie, około 5:15 według komórki. Przy drugim powoli się rozkręcam, dochodząc do średniego tempa o kilka sekund szybszego niż 5min/km. Pierwsza piątka w 24:02. Trzymam tempo dalej. Pogoda jest dobra, w mieście nie czuć wiatru zbytnio ale boję się o 2 pętle poza miastem. Druga piątka – 24:08. Jest równo. Siły są. Cały czas się pilnuję, żeby nie przesadzić z tempem. Do 15. kilometra szło jak po sznurku, mijałem po drodze parę grupek, czasem na kilometr-dwa się podpinałem żeby oszczędzać siły ale ich tempo albo było zbyt wolne albo za szybkie i wolałem się urywać i biec swoje.

4

Trzecia piątka: 24:28. Lekko zwolniłem ale nie szkodzi, siły są tylko się oszczędzam na potem. Póki co idzie zgodnie z planem, który zakładał pierwszą połówkę w 1:41 a na drugiej mobilizację, by urwać więcej. Na 15 kilometrze myślę sobie – jest ok, obstawiam, że na 60% zejdę poniżej 3:20. Tym bardziej, że siły są a ciągle się ograniczam z szybkością.

Kilometr dalej zmieniłem zdanie. Okoliczna grupka się rozpadła a ludzie rozbiegli po trasie. Od 16. kilometra była 5-kilometrowa prosta pod wiatr.

Nie było się za kim schować, wiatr znacząco mnie spowalniał a niekończąca się prosta wykańczała psychę. Udało się ją pokonać. 5km w 24:08. Dobiegłem do połówki (1:42.07, czyli z minutą nadwyżką w stosunku do planów).

To niedużo ale już wiedziałem, że będzie ciężko dziś ugrać więcej bo ostatnie 5 kilometrów dużo mnie kosztowało sił, walcząc o utrzymanie tempa. Nogi mi osłabły, na szczęście przede mną trochę luzu w mieście. Do 25. kilometra znów miasto, wiatru mniej i można było biec stałym tempem. Nie było jednak łatwo bo od połówki miałem przyspieszyć a nogi już miałem lekko z waty i o zmianie tempa nie było mowy. Piątka w 24:09 ale tętno ciągle rosło a wraz z nim zmęczenie. Od 25. do 30. kilometra było trochę z górki to udało się piątkę pokonać o 20 sekund szybciej niż pozostałe ale to już było na tyle co do szybkiego biegania.

Tętno już mi od 25. kilometra schodziło poniżej 180 uderzeń tylko okazjonalnie, walczyłem, żeby tempo nie spadło ale nie udało się tej piątki pokonać w tempie poniżej 5 min/km. Po 30. miałem obawy czy nie przyjdzie ściana bo było ciężko ale walczyłem ile się da.

Przed 34km zaczęła się znów ta 5-kilometrowa prosta. Tutaj cały czas myślałem o marszu ale z zaciśniętymi zębami i grymasem walczyłem do końca, nie patrząc już na czas tylko ciągnąc do przodu. Co chwila ktoś biegnący w pobliżu kapitulował, przechodząc do marszu lub wręcz zatrzymując się. Było ciężko ale mówiłem sobie, że im szybciej pobiegnę tym szybciej się to skończy. Ta piątka na szczęście wyszła tylko 1:15 min wolniej niż poprzednie. Musiałem odżałować tą stratę i biec swoje by jeszcze dać z siebie wszystko w końcówce.

Reszta już poszła na adrenalinie, udało się na ostatnim km przyspieszyć ale strat nie odrobiłem.

Wreszcie upragniona meta. Bieg na maxa, wyprzedzanie do samej mety i koniec. Jest życiówka! Wyrzeczenia zimą się opłaciły, udało się!

6

Ogólnie jestem zadowolony z mojego 3:25.05 choć lekki niedosyt jest.

Cieszę się jednak, że mimo trudności druga połówka była tylko o 58 sekund wolniejsza.

Nie ma co się martwić, było dobrze, dużo do wytrenowania jeszcze ale szansę na przeniesienie granicy swoich możliwości dalej również dużo. Na jesień walczę dalej i odpuszczać nie zamierzam. A póki co, będę się cieszył możliwością częstszych startów i odzwyczajać oczy od śniegu którego nie chcę widzieć do grudnia 😛 Tak czy siak: Cotton vs. życiówka: 2:0 😉

Podsumowując – taktyka była dobra ale dopalacz, jaki miał być na drugiej połówce odpalony, nie wypalił 😛 Trzeba na warsztat się przejechać 😛

Dziękuję całej grupie za kibicowanie,  Gosi, Michałowi i Andrzejowi za towarzystwo i wsparcie, Żonce za to, że zawsze we mnie wierzy i wspiera mnie w realizacji planów oraz tacie, który z wypiekami na twarzy śledził przebieg maratonu 🙂 (swoją drogą jakie to wypieki były (ciacho, kajzerki)? tego się nie dowiemy… :P)

Faktycznie Dębno należy do imprez, które warto zaliczyć bo ma swój klimat. Nieduży maraton (1390 startujących), małe miasteczko ale ma to coś. Dobra organizacja, miła atmosfera i świadomość, że to święto biegaczy a nie sponsorów czy innych vipów.  Polecam 🙂

Wielkie gratulacje też dla Andrzeja i Michała – w tych warunkach też świetnie się spisali, czego dowodem są rewelacyjne życiówki. Stach się bać co Michał nabiega jesienią 🙂

Dla fanów statystyk i wykresów – dane ze sportstrackera

10

Mała dygresja – wracając do moich dalekosiężnych celów – 3 godziny w maratonie do których coraz bardziej dobija się Rafał to dla mnie jeszcze kosmos. Niby 38 sekund na kilometrze w stosunku do mojego wyniku w Dębnie ale to przepaść. Będę mocno trzymał kciuki za Rafała bo kto jak nie On? 🙂

Cotton.

3 Comments

  1. Wojtek jeszcze raz gratulacje BRAWO !!! Wypieki-były no i kciuki{całej rodziny}:}

  2. Ja już gratulować nie będę. W zamian życzę Kolejnego rekordu w Warszawie.

  3. Jeszcze raz gratulacje, super się śledzi Wasze wyniki w necie 🙂 I napisze to co Michałowi, oby mnie kiedys było dane odczuć ukończenie maratonu 🙂

Leave a Reply

Close