ZOSTAŁEM  MARATOŃCZYKIEM

 

Nie wiem czy to gdzieś przeczytałem, czy gdzieś zasłyszałem. Nie wiem też czy to jest prawda, ale podobno maratończykiem można się nazwać dopiero po pierwszym maratonie przebiegniętym od startu do mety. Jeżeli tak jest w rzeczywistości to od niedzieli 22 kwietnia 2012r. jestem maratończykiem. Brzmi dumnie.

Bałem się tego biegu, chociaż tak dokładnie nie wiem czego. Cele nie były zbyt wygórowane – najważniejszy to właśnie stać się maratończykiem, najlepiej w czasie poniżej 4 godzin. Po cichu liczyłem także na pobicie mojej „życiówki” wynoszącej od 25 września 1983r. 3:54:26. Być może źródłem tych obaw było to co stało się w Krakowie rok temu. Po prostu przez Achillesa ni ukończyłem biegu. Odezwał się na 18km i w niedzielę właśnie w tym miejscu pilnie go nasłuchiwałem. Na szczęście milczał jak grób.

Nie będę ukrywał, że przed biegiem starałem się zasięgnąć rad bardziej doświadczonych biegaczy co do czasu, na który mam biegnąć. Teraz mogę przyznać, że chyba bardziej zależało mi na tym , aby utwierdzili mnie w moim przekonaniu o starcie w grupie na 3:45. Choć byli i tacy, którzy sugerowali (zaznaczając przy tym, że to może być ryzyko), że mógłbym spróbować „iść” na 3:30.

Skoro tak, to wystartowałem na 3:45, ale kombinowałem sobie, że jeżeli będę się dobrze czuł to na 37km spróbuję pójść do przodu. Pierwsze 15km wydawało mi się zbyt wolne, choć cały czas dzięki „zającom” biegliśmy jednakowym tempem. Doszło nawet do takiej sytuacji, że w pewnym momencie (ok.11km) znalazłem się jakieś 20m przed „balonikami”. Na szczęście nie dałem się ponieść i zwolniłem dołączając do grupy. Kto wie czy nie był to dla mnie decydujący moment tego biegu. Wyobrażam sobie bowiem teraz, że gdybym wtedy nie zwolnił mogłoby się to dla mnie skończyć katastrofą. Po biegu bowiem uświadomiłem sobie, że tempo na 3:30 jeszcze nie dla mnie. Przynajmniej na razie.

Na trasie czułem się zaskakująco dobrze. Nie było „ściany” czyli momentu w którym mógłbym krzyknąć „Ciemność widzę”. Nie było też przewidywanego przyśpieszenia. Doszedłem bowiem do wniosku, że nie warto. Muszę jednak przyznać, że gdzieś na 35km przemknęła mi przez głowę myśl: a może chwila marszu. Przeliczyłem jednak szybko, że może mnie to kosztować „życiówkę”, a druga taka okazja by ją poprawić może się nie przytrafić. I udało się. Nawet na 41km uciekłem moim „zającom” po ich delikatnej sugestii, że dam radę (dzięki Adam za specyficzną motywację. Myślę jednak, że miałbyś niejakie problemy z trafieniem w moje cztery litery. Wprawdzie ty to nie ja, ale też miałeś w nogach ponad 40km. Poza tym pole trafienia było zbyt małe).

Maraton naprawdę uczy pokory. Mnie ten bieg nauczył także tego, że nie warto szarżować, ponieść się tej specyficznej fali, gdy wydaje ci się że czujesz się dobrze i pozornie stać cię na więcej. W czasie biegu po prostu trzeba być zadowolonym tym co się ma w danej chwili. Czyli dość sił by biec dalej. Aż do mety. To tak rada dla Piotra i Wojtka, którzy 3 maja staną na starcie Silesia Maraton w Katowicach

 

Autor: Andrzej Toman

1 Comment

  1. Cieszę się, że mogłam być świadkiem tego wyczynu, jestem z Ciebie dumna Braciszku. Nieukrywam, że to ty byłeś moją inspiracją do biegania. Powodzenia na trasach biegowych.

Leave a Reply

Close