IMAG0231Prawda jest taka, że Bratislava Marathon był na pociesznie, ponieważ nie udało nam się zebrać ekipy na wyjazd do Rzymu (maraton był tydzień wcześniej).

Tak więc jedziemy: ja, Michał- Mors, Sergiusz i Zbyszek. Dla każdego z nas to pierwszy bieg poza granicami Polski. Bratysława wita nas pustymi ulicami, gdzie ich wszystkich wymiotło? Na drogach ruch jak w Orzeszu w niedziele o 12.00. Rejestracja przebiegła bezproblemowo, sprawdzali ubezpieczenia, na szczęście mieliśmy EKUZ. W sobotę nie odmówiliśmy sobie degustacji piwa na pasta-party, dodatkowo biesiadowaliśmy do północy w knajpce w pobliżu hostelu, żeby się nie przemęczać wracając na nocleg.

fot 2Porannie zrelaksowani, po analizie meteorologicznej (rano -3) i dylematach maratończyka – co mam ubrać?!, na sportowe stroje ponakładaliśmy gustowne, termiczne worko-kamizelki.

Muszę dodać, że wcześniej zaskoczył nas największy optymista naszego teamu -Zbyszek, który na dwie godziny przed maratonem „poszedł sobie pobiegać” w okolice zamku… W końcu uprawiamy turystykę biegową!

Przed startem fajna, międzynarodowa atmosfera, nad głowami fruwa kamerka, więc machamy, skaczemy; zawsze to jakaś rozgrzewka.

Ruszam! Chłopaki polecieli, a dla mnie plan jest taki: nie spinać się, nie trenowałam do maratonu, chorowałam trochę, w Żywcu ledwo się dowlokłam na tak wysokim tętnie, że mi się stale włączał alert, we wtorek jakieś mikro urazy w udach, więc aspiryna i witamina C, nie ma co przesadzać, ale maraton wypada skończyć biegnąc… A! Limit 5 godzin, więc spacer odpada.

Po 10 km cieszyłam się, że nic mnie nie boli. Połówka „poszła” całkiem sprawnie: tętno spokojne, nic powyżej 170. Jak miło się biegło przez stare miasto, kibiców niewielu, ale reakcje spontanicznie pozytywne. Trochę, co prawda, zrobiło mi się smutno, kiedy w okolicy mety, po 21 kilometrze, gromadka biegaczy opuściła mnie kończąc półmaraton. Przede mną nikogo, a za mną nie słyszę tupotu. Moja dalsza strategia maratonu: kolejne 10- do 30 km. i generalnie koniec, bo te ostatnie 12 km. to już tylko odliczanie do mety.

Realizując plan, widząc człapiących biegaczy, kalkulowałam czy kolejnego kilometra nie odpuścić i nie podreptać sobie, ale jednak duch walki się we mnie tlił. Biegłam do końca, na ostatnich 3 km. dostając skrzydeł na samą myśl, że to już koniec i wyprzedziłam kilka osób, ponaglając: „go, go”!

fot3Wynik o prawie 25 min gorszy od życiowi, ale co tam, czuję się świetnie!

Na mecie, jakie miłe zaskoczenie: Rafał z Luxtorpedy i znajomi z Maratonu Przez Piekło do Nieba.

Ciekawostka – na koniec trzeba było jeszcze pokonać całkiem spore schody, bo organizatorzy pewno sobie pomyśleli, że będziemy mieli niedosyt i warto dodać kilka metrów do góry w celu oddania chipa.

Z mety triumfująco wracałam okryta złotą folią, robiąc obchód przez galerię handlową i potem stare miasto. Wbrew temu, co myślałam podczas maratonu („chyba jednak nie lubię biegania”), snuję już plany na Wiedeń w przyszłym roku i Szwajcarię. Pojawił się nawet temat maratonu w Dubaju, ale to chyba bajka.

Pozdrawiam, i zachęcam do czerpania przyjemności z biegu, a nie tylko łamania czasu!

 

Ela Huzior

5 Comments

  1. Przebiegłem 9 maratonów ale z takim bananem na twarzy jak Ty, Ela, to mi się jeszcze nie zdarzyło 😉 Gratulacje i czekamy na kolejne optymistyczne relacje 🙂

  2. Gratulacje, szczególnie finiszu w pięknym stylu 🙂

  3. Dziewczyny! Wszystko przed Wami.
    W zeszłym roku o tej porze nie miałam na koncie ani jednego maratonu, a po roku uzbierało mi się kilka, nie licząc Rzeźnika.

  4. Hej cieszę się że napisałaś o czerpaniu przyjemności bo takie słowa budują a wyniki jeśli się poprawią też fajnie.Pozdrawiam i czekam osobistego poznania .GRATULUJĘ przebiec taki dystans to jest wyczyn.

  5. Gratulacje !!! Czytając Twoją relację zastanawiam się kiedy ja będę mogła takową zamieścić, bardzo bym chciała zaliczyć maraton ale po niedzielnym biegu obawiam się, że nie nastąpi to prędko 🙂

Leave a Reply

Close