W piątek wieczorem pewna przemiła pani na oświetlonej ulicy 3 maja, przy wyjeździe z bramy, trzasnęła nam w samochód. Nie wspominam o tym dlatego, że mnie to jakoś szczególnie zabolało, wszak płaci pani z własnej polisy, bo to jej wina. Wspominam o tym, bo miało to swoje konsekwencje w sobotę, tuż przed Wigilijnym biegiem po Moczkę i makówki w Stanowicach. Start o 12.00 ale do 11.45 trzeba było się pokazać w biurze zawodów. Oczywiście zdążyłabym bez żadnych problemów gdyby nie to, że to był pierwszy raz od niepamiętnych czasów kiedy mogliśmy się z Łysym po prostu wyspać. Oczyska otworzyliśmy około 10.00 więc zanim się wygrzebałam było już nieco późno. Marcin czekał na mnie w samochodzie, silnik pracował, a ja w pełnym biegu lecę żeby dołączyć do mojego męża najlepszego i jedynego. No i jak tak leciałam żeby tylko być szybciej obok mojej połówki i nie usłyszeć, że na mnie to zawsze trzeba czekać, na śmierć zapomniałam, że od piątku przednie drzwi obok kierowcy niestety się nie otwierają, a przynajmniej nie w takim zakresie do jakiego byłam przyzwyczajona. Wyglądało to tak, że z całej siły pociągnęłam drzwi, a one jeszcze usilniej zapragnęły wrócić tam gdzie były przed chwilą i niestety po drodze spotkały się z moją gębą. Dostałam w twarz tak, że prawie usiadłam. Dłuższą chwilę zwijałam się z bólu, a na kości jarzmowej pokazała mi się bardzo nietwarzowa kulka. Od razu wszystkiego mi się odechciało. No ale przecież wyraźnie zaznaczyłam, że będę biegała więc jak tylko się otrzepałam z tego poniżenia i bólu to pojechaliśmy.

Bez żadnego problemu znaleźliśmy szkołę, w której było BIURO. Zostały mi jakieś dwie minutki więc biegłam jak dzik żeby zapłacić i przeżyłam niezły szok przed szkołą. Scena jaką zobaczyłam wprawiła mnie w lekkie zdumienie. To miał być przecież mały bieg. Myślałam, ze bez żadnych tam atrakcji, a tu pełną parą szła rozgrzewka przy muzyce, do tego jakaś tam TVP z kamerą. Myślałam, że źle widzę. Nie miałam niestety za bardzo czasu żeby to jakoś ogarnąć umysłem, więc polazłam ze wstydem pozałatwiać swoje sprawy. Wszystko odbyło się błyskawicznie i po chwili mogłam już przypiąć numer startowy i nieco się poruszać no i wyściskać Miłoszka, którego ostatni raz widziałam chyba w czerwcu na Rzeźniku.

W drodze na start osobiście poznałam kolegów z Żor Mirka i Pawła. Chwilę sobie pogadaliśmy, pośmialiśmy się, że trzeba wyjechać z miasta żeby się poznać, a potem już był start. Matko jedyna.. mój anioł stróż musiał spać albo był nietrzeźwy, bo pozwolił mi lecieć z Miłoszem. Miłosz wyrwał do przodu, ja za nim, mimo że od lat wiem, że na początku muszę WOLNO! Nawet bardzo wolno muszę biec żeby dolecieć do mety w jako takim stanie. Ale nie! Ja poleciałam za Miłoszem i z wywieszonym jęzorem goniłam za nim przez całą trasę. Jak chciałam wyluzować to Miłoszek biegł tyłem(naprawdę mi to robił, biegł tyłem!) i ryczał „no dalej, dalej”. No to co miałam robić? Leciałam za nim modląc się, żeby dożyć do mety, bo naprawdę było krucho. Ale czas na mecie mnie zadowolił. Czyli miałam dwa w jednym. Dobre towarzystwo i dobry czas.

Uwielbiam biegi gdzie całe zaplecze jest zaraz obok mety. Jest to szczególnie fajne kiedy na dworze mróz i wiatr. Tutaj też tak było. Poszliśmy od razu na gorącą herbatę. Kto chciał mógł zjeść albo moczkę albo makówki. Do tego opłatki na każdym stole. Gospodarze pomyśleli nawet o upominkach, które losowało się zaraz po bieganiu. Jak dla mnie rewelacja i do tego doskonała atmosfera. Na koniec, już po biegu zorganizowano dekorację najlepszych zawodników i były nawet nagrody dla tych, którym chciało się na ten bieg przebrać.

Organizacja była doskonała! Nie wiem czy były prysznice ale na pewno była szatnia w której można było się przebrać. Nikt nie robił problemów właścicielom psów i psiaka na równych prawach szwendały się grzecznie na smyczkach po szkole. Jak w szopce. 🙂
Nie wiem kto na koniec trafił do pizzeri ale kto był to chyba raczej nie żałował. Mi smakowało i stwierdzam, że w Żorach takiej dobrej nie mamy.

Hm.. impreza była naprawdę super. Zapisałam się na nią bo regulamin mnie rozwalił. Trochę się zastanawiałam czy to wypali, bo przecież to było zaledwie na trzy dni przed wigilią, wtedy kiedy ma się najwięcej roboty. Ale jak widać wszystko wypaliło. I organizacja i frekwencja. Było dużo więcej ludzi niż myślałam, że będzie. To był taki dzień niespodzianek. Bardzo przyjemny. Mam nadzieję, że w całości uda się go powtórzyć za rok.

 

Autorką tekstu jest Izabela Weisman z Żor, uczestniczka I Wigilijnego Biegu po Moczkę i Makówki. Ukazał się on  na jej blogu na portalu MaratonyPolskie

3 Comments

  1. Napiszę tylko DZIEKUJEMY za udział i jak miło jeśli nas tak dostrzegłaś.Ula napisała prawdę łza kręci się w oku.Czekam na osobiste poznanie gdzieś na zawodach.POZDRAWIAM życzę powodzenia i życiówek.

  2. Dziękujemy za miłe słowa, i zapraszamy za rok. A swoją drogą jak się czyta takie relacje to aż się beczeć chce, że ktoś docenia nasz wysiłek włożony w organizację 🙂

  3. Chyba to sobie wydrukuje i powiesze na ścianie 😀

Leave a Reply

Close