9Do krakowskiego maratonu zawsze miałem sentyment, przede wszystkim z jednego powodu – w wieku 18. lat, równo dekadę temu, przekonałem się jakie to uczucie pokonać dystans maratoński. Od tego czasu sobie maratony dawkuję bo początki nie należały do najłatwiejszych..
<retrospekcja>
Wtedy, w 2004 roku przeboje były różne bo od samego początku pobolewało kolano a po 30km biegu (czas 3:01) całkiem siadło, co zaowocowało spacerem z odrobiną truchtu aż do mety. Wtedy pobiegłem maraton po 3 latach biegania i roku startów ulicznych, jednak nie byłem wystarczająco dobrze przygotowany i błędy w przygotowaniach (załatwienie sobie kolana) wyszły na maratońskiej trasie. Każdemu powtarzam, że nie da się być przygotowanym do maratonu za dobrze, można tylko za słabo. To taki specyficzny dystans, że tutaj wiele czynników wpływa na nasze samopoczucie i siły, więc jak do tego dołożymy sobie ból przed startem to nasze szanse na sukces drastycznie się kurczą. 10 lat temu kolano się zbuntowało, w upale siły uciekły i marsz i lekkie dotruchtanie do końca w czasie 4:55.53 nie przyszło łatwo, oj nie. Finisz na rynku w Krakowie ma jednak w sobie coś wyjątkowego, czego nie odczułem na innych maratonach…

11 10
</retrospekcja>
Trochę statystyk
Na wstępie zaznaczam, że nie jestem przesądny i nie wierzę w pecha lub fatum. Lubię mieć porządek nad liczbami i w statystykach się lubuję, więc przytoczę parę. W tym przypadku wyglądało to następująco:
Biegam od 13 lat
To drugi mój maraton w Krakowie,
To mój 13. maraton (przez 10 lat)
Obecna edycja maratonu ma numer 13

Można się za głowę złapać, tym bardziej, że tym razem na 2 tygodnie przed maratonem zrobiłem sobie wybieganie o długości 32km, podczas którego zaczęło mnie boleć kolano. Nie doszukiwałbym się w tym drugiego dna, byłem 3 tygodnie po maratonie w Łodzi i widocznie organizm nie zregenerował się dostatecznie na takie harce 😉
Tydzień bez biegania nie pomógł i Bieg Ogniowy, który biegłem z Emilką też dał mi do zrozumienia, że mam problem, bo nawet na tych 5km kolano bolało.
Przyszły maraton rysował się w ciemnych barwach więc mając do wyboru nie jechać (a to 3. przystanek w Koronie Maratonów) albo zaryzykować, wybrałem opcję , której nie stosowałem dotychczas, czyli fizjoterapeuty. Poszedłem więc w poniedziałek do zaprzyjaźnionego z naszą grupą Szymona i tam to się dowiedziałem ile problemów ma mój układ ruchu. Myślałem, że przez problemy z kręgosłupem już będzie ze mną tylko gorzej (na mój gust mam gibkość emeryta..) ale dowiedziałem się, że da się z tym coś zrobić. Skoro tak to dla mnie bomba :] Tak czy siak, po 2-godzinnej wizycie wróciłem do domu obolały ale z iskierką nadziei, że uda się w niedzielę to przeżyć. W sobotę jeszcze pojechaliśmy z Michałem na taping, czyli oklejanie kolan taśmą. Ja wyszedłem od Szymona oklejony jak Balotelli , bo oprócz rzeczonego kolana i nogi aż do biodra miałem zabezpieczone plecy 🙂
Szybki dojazd z Gosią do Katowic, godzinka Polskim Busem z Michałem i jesteśmy w Krakowie. Odebrał nas mój kolega Tomek, u którego też spaliśmy, i dzień minął dość szybko, bo w miłym towarzystwie 🙂 (eh, ta Słowenia :P)
Rankiem nadal zero stresu, co dla mnie jest ewenementem. Pewnie przez potencjalne problemy z kolanem nie nastawiałem się specjalnie na wynik, w przeciwieństwie do Łodzi, gdzie czekałem na ten maraton strasznie długo, przygotowując się przez 22 tygodnie. Tym razem luzik i tylko myśli by przebyć go w limicie i nie dobić kolana (przy uprzednim krakowskim maratonie po walce na siłę z kolanem nie biegałem od maja do września bo cały czas mnie bolało :/).
Po śniadaniu udaliśmy się na start (Tomek większość drogi nas podwiózł) gdzie czekały na nas tłumy rozgrzewających się biegaczy, nie wspominając o setkach kibiców i turystów 🙂
Rozgrzewka w foliach (tak, tez z Berlina są najlepsze :P) i już lada chwila start. Nawet się te 5700 biegaczy zmieściło na rynku, w co trudno mi było uwierzyć w przeddzień biegu 😉 Jeszcze spotkaliśmy się z rodzicami trojaczków, Olą i Mariuszem a także moim dawnym towarzyszem niedoli na krótszych trasach, czyli Lechem 😉 Szkoda, że nie wiedzieliśmy, że Krzysiek będzie (a może mówił ale skleroza w tym wieku doskwiera..  tak czy siak – trzeba do Startów zgłaszać gdzie się jedzie 🙂 )Ostatnie myśli nad taktyką potwierdziły mój pierwotny plan – próbuję pobiec na 3:10, czyli w okolicach życiówki. Jak się uda to pysznie, jak nie to trudno. Kto nie próbuje ten nie wygrywa. Dość szybko po starcie odnalazłem się z Kolorem, z którym byłem wstępnie umówiony na taki właśnie czas i razem z jego kolegą Darkiem staraliśmy się trzymać planu. Początkowo pogoda sprzyjała (brak słońca) a organizm działał sprawnie. Jedynie tętno mnie niepokoiło bo było dość wysokie od początku. Może to wynik stresu, może ciepła, w każdym bądź razie postanowiłem walczyć ile się da 🙂 Pierwszy przelot przez Błonia przebiegł dość sprawnie, Rafał nas dopingował jak zapowiedział, ogólnie były ok. Wkrótce jednak zaczęło wychodzić słońce, co znacząco obniżyło komfort biegu. Trzymałem się jednak dalej Kolora i starałem się cieszyć tym wyjątkowym dla mnie wydarzeniem. Pierwsza połówka szybko zleciała, bo w około 1:34:39 wedle mojego zegarka. Tempo było więc na nawet 3:09. Rafał kolejny raz kibicował, przybiłem z nim piątkę i ciągnąłem dalej. Zaczęło się roić duszno, co odbiło się jeszcze bardziej na tętnie, jednak nadal robiłem swoje. Lekko bolało oklejone lewe kolano ale nic strasznego się z nim nie działo więc póki co jedynym problemem było wytrzymać tempo wobec kapryśnej pogody. Polewałem głowę wodą bo czułem, że to jedyna nadzieja, żeby się nie zagotować w tym cieple. Już prawie wylatywaliśmy z Błoni (Błoń?:P) gdy niespodziewanie poczułem mocne kłucie w prawym kolanie… „no to pozamiatane” – przeszło mi przez myśl. Dwudziesty siódmy kilometr okazał się ostatnim bezstresowym. Zatrzymałem się i mocno rozmasowałem bolące miejsce, mając w pamięci zabiegi z „magikiem” Szymonem. Pomogło więc biegłem dalej. Po 300 metrach znowu. Powtórka i to samo. Wiedziałem co jest grane i nie ma co się już spinać więc przeszedłem w tryb ekonomiczny. Odtąd trasa zaczęła się dłużyć, bo każdy kilometr w dużej mierze pokonywałem szybkim marszem i trochę truchtem. Średnie tempo wychodziło koło 8 minut/km. Ciut wolniej od wcześniejszych 4:28, co dość szybko znalazło przełożenie w postaci wystygnięcia. W tym momencie nadszedł logiczny następca dusznej pogody, czyli deszcz. Padało przez dobre pół godziny jeśli nie godzinę. Efektem mojego marszu i deszczu były dreszcze z zimna ale w tej części trasy nie było się gdzie schować przed deszczem. Szedłem więc dalej. W okolicach 30km podszedłem do punktu sanitarnego i poprosiłem o usztywnienie kolana bandażem. Jeśli cokolwiek mogło to pomóc to czemu nie skorzystać? 🙂 Kontynuując marszobieg zauważyłem, że mimo złości na kontuzję czerpię radość z uczestnictwa w tym maratonie. Czas ciągnął się nieubłaganie więc zacząłem dzielić się tym optymizmem z innymi. Dziękowałem kibicującym nam w strugach deszczu kibicom, zagadywałem i motywowałem każdego z zawodników, którzy obok mnie zatrzymywali się lub przechodzili w marsz. Trochę się nagadałem. W tym okresie wyprzedziło mnie kilku HRmaxów (pozdrawiam, świetnie śmigacie!), z którymi nie raz pozdrawiałem się na mijankach. Mirek wyprzedził mnie w momencie gdy stałem na poboczy z jednym z biegaczy, którego złapał tak mocny ból w pachwinie że nie mógł biec. Kazałem mu to mocno rozmasować, postałem z nim kilka minut i ruszył dalej. Ciekawe ile nabiegał 🙂 Nieco dalej wyprzedził mnie Grzegorz z Gliwic, który wielokrotnie na trasie mnie pozdrawiał (jak widać stroje zdają egzamin) – ładnie pobiegł po życiówkę, strach pomyśleć ile jeszcze może z tego urwać 🙂
Czas powoli mijał na power walkingu (bo przecież kijków nie miałem by móc nw zaprezentować) , słońce wyszło i trochę się zagrzałem wreszcie. Jeszcze byłem świadkiem skurczu w obu udach jednocześnie, pomagając koledze maratończykowi wyprostować nogi. Też się naprawił i poleciał dalej 🙂 Wkrótce zaczęły się okolice rynku i kibiców zrobiło się jeszcze więcej. Od tego czasu ciągle odwracałem się do tyłu, wypatrując Michała, który w tych granicach miał dobiegać. Bez skutku. Będąc już 400m od rynku zauważyłem biegacza, który stał przy barierkach. Podszedłem do niego i powiedziałem, że mu potowarzyszę do mety. Widać było, że kontuzja nogi też mu zepsuła zabawę ale powoli doszliśmy, z czasem przechodząc w niezgrabny marsz. Nie było lekko ale dał radę. W trakcie dobiegania do mety poczułem tą radość i wzruszenie jak w debiucie. Być może to przez tłumy kibiców dopingujące każdego wbiegającego biegacza, może to klimat rynku, tak czy siak – dla mnie wrażenie niepowtarzalne 🙂 Byłem na mecie w 3:44.07, czyli jakby nie patrzeć prywatny rekord maratonu w Krakowie poprawiłem o ponad godzinę 😉 Michał był 8 minut później. Kolana dały radę ale sił trochę zabrakło. I tak to świetny wynik 🙂
Cóż, wypada jeszcze powiedzieć kilka słów o samym maratonie. Jednym słowem: BOMBA! Szczerze mówiąc nie zazdrościłem Organizatorom problemów z powodzią, gdzie trasę musieli zmieniać na dzień przed biegiem. Dali sobie jednak radę w 100%! Wszystko, od biura zawodów i pasta party poprzez przygotowanie trasy, punktów odżywczych i mety a także masaży było świetnie przygotowane! Pakiety na mecie również – krakersy, owoce, żelki, woda, izo, sok pomidorowy, batoniki – wszystko na co może przyjść smak po biegu (no, prócz piwa, ale zaopatrzyliśmy się wcześniej 😉 ). Kraków w swojej historii miewał głupie wpadki ale jeśli organizatorzy utrzymają poziom obecnej edycji, Cracovia może stać się najchętniej odwiedzanym maratonem w Polsce. W moim prywatnym rankingu Kraków wskoczył na szczyt razem z Łodzią. W tym roku jeszcze Wrocław i Poznań – zobaczymy czy któryś zagrozi pozycji moich liderów 🙂
Kończąc moje wywody, gratuluję przebrnięcia przez chaotycznie momentami posklejane myśli (muszę częściej pisać chyba) i zachęcam do spróbowania swoich sił na maratońskiej trasie (i pisania relacji też :P). Ale tylko przy długotrwałym, rozsądnym treningu a nie na głupca. Bo męczenie się na trasie grubo ponad 5 godzin to w mojej ocenie nadmierny wysiłek do efektu. Myślę, że lepiej potrenować pół roku dłużej i przebyć to szybciej i w lepszej formie. Ja cieszę się, że ciągle maraton ma dla mnie ciągle tą nutkę tajemniczości i każdy kolejny pokonywany budzi wielkie emocje. Wciąż się nie wypaliłem i lubię wracać, mimo że jak większość z maratończyków w trakcie biegu ZAWSZE myślę sobie: „po co to robię?”, bo taki wysiłek nie jest przyjemny. Ale osiągnięcie mety wynagradza wszystko!  Nie mogę się doczekać treningów :]

1
Michał i nasz servicemen i prywatny bohater – Tomek
2
W drodze na start…
3
Gotowi..
8
Z towarzyszami doli i niedoli
7
Maszerujemy naprzód..
6
Opis zbędny 🙂
5
Na prawe kolano pewnie działał kryptonit…
4
Z nową biżu 😉 Swoją drogą, medale świetne!

Kilka fotek więcej i filmiki z mety do zobaczenia na http://www.fotomaraton.pl/event.php?Lang=PL&Event=MKR14&ToFind=1226


Cotton

3 Comments

  1. Gratulacje! Relacja „całkiem całkiem” 🙂 Czytając Twą opowieść, tak sobie pomyslałem, że może właśnie te pół roku za wcześnie się przymierzyłem do maratonu, choć przygotowywałem się solidnie. Z drugiej strony, nigdy nie wiadomo, co może nie zadziałać. Na szczęście wszystko poszło prawie O.K. Kończyny dolne w pełnej sprawności. Szybkiego powrotu do zdrowia i kolejnych życiówek. Wszystko przed Tobą, do kategorii M-50 długa droga!!!! Co do sklerozy, to raczej była moim udziałem :)Kiedyś przysiądę i wpiszę zaplanowane starty. Pozdrawiam

  2. fajna relacja, miło się czytało 🙂 i gratuluję wyniku 🙂

Leave a Reply

Close